Kto z Was zna trzewikodzioba?
Może niewielu… Moja rodzina poznała go kilka lat temu i wytyka mi go przy każdej okazji.

Trzewikodziób – wielki szary ptak, kiedyś mylnie zaliczany do rodziny bocianów, od niedawna przypisany swojej własnej rodzinie. Niepowtarzalny, nazywany często dinozaurem ze skrzydłami. Rzadki, bo dzisiaj występuje go tylko ok. 4500-6000. Zamieszkuje kilka krajów afrykańskich, zawsze tam, gdzie jest mokro i bagniście. Najlepsze okazje, by zobaczyć go z bliska, są w Ugandzie i w Zambii.
I co z tego, że są, skoro ptak ten ma w sobie jakąś siłę czarodziejską. Bo jak wytłumaczyć kilka już nieudanych prób zobaczenia go z bliska. Byłam w Ugandzie kilka razy i za każdym kolejnym podejmowałam próbę spotkania się z tym ptakiem w jego naturalnym środowisku. Za każdym razem przypominałam sobie informacje o nim, poszerzając je o aktualizowane materiały naukowe. Entebbe i pobliskie mokradła oraz regularnie organizowane wycieczki, nawet kilka razy dziennie, nie powinny być wielkim wyzwaniem logistycznym.
Ale skłaniam się ku pokrętnej teorii spiskowej, że ptak rzucił jednak jakiś czar.
Co za pech!
Za pierwszym razem nie wiedziałam, że można go zobaczyć tylko w Entebbe, liczyłam na wycieczkę w Parku Królowej Elżbiety – nie powiodło się. Za drugim razem przylecieliśmy zgodnie z planem, ale o 6:00 rano, kiedy wstaliśmy na wycieczkę dłubanką po gęstych zaroślach papirusa, lunął taki deszcz, że wyprawa została odwołana, a mnie kolejne terminy goniły dalej.
Kolejnym razem mieliśmy opóźnienie lotu, nie było mowy o wycieczce. Następnym razem zaginęła walizka jednej z naszych uczestniczek i jej szukanie, a potem wypełnianie formalności, skradło nam tyle czasu, że trzewikodziób i tym razem zagrał mi na nosie.
Wracając do rodziny, przed kilku laty na naszych wakacjach na Florydzie przejeżdżaliśmy z miejscowości do miejscowości, zwiedzając kolejne atrakcje. Tampa miała być tylko kolejnym miejscem na mapie, ale gdy przy wjeździe do miasta zobaczyłam wielki baner reklamujący tutejsze zoo z wizerunkiem trzewikodzioba na pierwszym planie, muzeum i plaże musiały poczekać, cała rodzina została przymuszona przeze mnie do wizyty w zoo. Środek dnia, sierpień, ponad 35 stopni a my w zoo.
Trzewikodziób był, nawet bardzo blisko, wpatrywałam się w niego jak zaczarowana bez krzty zrozumienia ze strony familii. Mało tego, okrzyknęli go brzydalem i poszli do surykatek.
Już witałam się z trzewikodziobem
I co? I dzisiaj siedzę w samolocie do Entebbe. Mieliśmy lądować o 23:15, a jutro o 6:00 mieliśmy wstać po krótkiej nocy, by wypłynąć w poszukiwaniu ptaków w ich naturalny środowisku. Plan idealny, już witałam się z trzewikodziobem. Niestety międzylądowanie w Burundi (planowe) przeciąga się, auto z paliwem ma problem z ciśnieniem, maszynie brakuje paliwa na krótki lot do Ugandy. Pan steward staje na głowie i na bieżąco informuje o postępach działań.
Czyżby po raz kolejny szansa na spotkanie z trzewikodziobem miałaby mnie ominąć? O nie…
Update sytuacji
Po wydłużonym pobycie na płycie lotniska w Burundi szczęśliwie odlatujemy do Ugandy. Nasz samolot ląduje opóźniony i to pokaźnie. Zamiast być w hotelu ok. 1 w nocy robi się prawie 3:00. Nie ma mowy o tym, by już o 5:30 wstać na śniadanie i pędzić na trzewikodzioby. Nie jest to łatwa decyzja, ale musimy odwołać naszą wyprawę poranną. Zawsze jest jednak plan B, zasadzimy się na ptaszora w Parku Mburo pojutrze.
Po dwóch godzinach snu ciężko otworzyć mi oczy. Budzik wyrywa mnie z dna oceanu. Otwieram drzwi, nie rozpoznałam dźwięku zza okna, a tam deszcz i to jak z cebra.
Pewnie i tak wycieczka małą dłubanką zostałaby odwołana. I jak tu nie wierzyć w czar rzucony przez tego ptaszora?
Pocieszamy się, że zobaczymy go już jutro rano, o ile przestanie padać.
Deszcz ucisza się z kolejnymi kilometrami. W parku Mburo piękna pogoda. Kolejnego dnia przygotowani, z nogawkami naszych spodni w butach, w koszulach z długim rękawem mamy iść szukać trzewikodzioba na mokradłach. Miejscowy przewodnik ma nawet dla nas kalosze. Zamiast jednak bezpośrednio na bagna zaprasza nas na spotkanie w zagrodzie z … bydłem ankole. To oczywiście też atrakcyjna propozycja, ale ja chcę trzewikodzioba.
Fala nieszczęść
Po dojeniu krów, wyprowadzeniu ich na pastwisko, zjeżdżamy do mokradeł. Mamy zwiadowcę, jednak szybko okazuje się, że na terenie wielkich mokradeł żyją cztery hipopotamy i akurat jeden z nich tak przestraszył naszego zwiadowcę, że ten utopił swój telefon i teraz nie mamy z nim kontaktu. Czy ktoś mi może wytłumaczyć tę falę nieszczęść???
Za to, nie poddając się, chodzimy po tych mokradłach, wchodząc na każdy pagórek i wypatrując trzewikodzioba. Nic… Są żurawie, czaple, ibisy, kaczki, kwiatki, motylki, ale naszego ptaka ani widu ani słychu.
I jeszcze przyjdzie nam za to zapłacić, wprawdzie połowę stawki, ale zawsze…
Moja niezastąpiona grupa w samochodzie na pocieszenie podsyła mi piękne zdjęcie, na którym trzewikodziób niemal patrzy mi prosto w oczy. Na przystanku na toaletę znajduję go jako rzeźbę z kamienia, ale to nie to samo…


Oj chyba muszę zasadzić się na niego po raz kolejny!
P.S.
Grupa, widząc mój zawód i smutek, zebrała się do wyznań i okazało się szybko, że sporo mamy takich własnych „trzewikodziobów”, Grzegorz od wielu lat poluje na podwodne spotkanie z rybą mola mola, Agata od lat przymierza się na wejście na Rysy i zawsze coś staje Jej na przeszkodzie… zbieram listę Waszych „trzewikodziobów”.
