68 versus 850? To dużo czy mało?
Pewnie zależy. Ale jeśli chodzi o Indie i liczbę gości weselnych to jednak mało. Zacznijmy od początku, a to historia sprzed dobrych dwudziestu lat. Podczas targów w Berlinie spotkałam się z przemiłym właścicielem biura w Kerali. Od słowa do słowa ze spraw służbowych szybko przeszliśmy (choć raczej jednostronnie) do pytań o rzeczy osobiste, co w Indiach nikogo nie dziwi.
Kiedy mój nowy Znajomy dowiedział się, że planuję ślub i wesele za kilka miesięcy ożywił się znacząco i dopytywał o wiele rzeczy. Kiedy jednak zapytał o liczbę gości, a ja z niemałą dumą odparłam, że 68, On zbladł, zaniemówił i tylko wyszeptał:
– Musisz być bardzo biedna…
Minęło 20 lat, ten sam Kolega stał się Przyjacielem. Nasze dzieci urosły, znaczy Jego szybciej niż moje, na tyle szybciej, że Córka wzięła ślub przed kilku laty, a Syn dopiero co. I właśnie ten ślub był okazją do spotkania w Indiach. Zostaliśmy zaproszeni na imprezę przed ślubem, ale i sam ślub w kościele, bo to akurat katolicy, ale i przyjęcie poślubne.
Wedding planner
W gronie bliskich Znajomych mojego Przyjaciela jest małżeństwo, które poznałam dawno temu, a które od zawsze związane było z branżą ślubną w Indiach. Kiedy ja przed laty liczyłam każdą rupię na kolejną samosę, oni jadali na złotych paterach i pławili się w luksusach. Jak się okazało wesela w Indiach to nadal świetny biznes.
Ale, że karma lubi wracać, to po krótkiej wymianie grzeczności z właścicielką firmy, zapytałam, czy to Oni także stoją za organizacją ślubu i wesela Syna Kolegi.
A jakżeby inaczej?
Ale ubawiło mnie to, co usłyszałam w pierwszym zdaniu:
– Oj takie tam małe wesele, tylko 850 gości, mamy jednocześnie dwie inne imprezy, których dogląda mój mąż. Jedno liczy 2500 osób, a drugie 3000. Nie przesłyszałam się, te liczby zwalają z nóg. Korzystając z okazji pociągnęłam Mię za język i dowiedziałam się, że największym weselem, jakie organizowała była impreza muzułmańska dla uwaga!!!! 45 000 ludzi.
Ale dla równowagi zapytałam o najmniejsze organizowane przez nich wesele i znowu zaskoczenie, to była kameralna impreza tylko dla 15 osób w czasach covidu.
Zanim zaczniecie tak jak ja zastanawiać się, gdzie te tysiące gości będą tańczyć, ile zjedzą i gdzie ich wszystkich pomieścić szybko prostuję realia weselicha w stylu indyjskim.







Zaręczyny z fotografem
Inną sprawą są zaręczyny, które często bierze na siebie rodzina panny młodej, koszty są po jej stronie. Mogą być w rodzinnym domu albo w sali obok, a takich sal dedykowanych na potrzeby wielkich imprez jest sporo. W wyznaczony wieczór goście odwiedzają młodych, którzy świętują zaręczyny. Pamiętajcie, że kiedyś zawsze, a teraz często jeszcze w wielu przypadkach, to naprawdę pierwsza okazja dla młodych, by się poznać i zobaczyć na żywo. Małżeństwa aranżowane w Indiach mają się nadal bardzo dobrze.
Nie zgadniecie, kto jest najważniejszą osobą na zaręczynach?! Bynajmniej młodzi. Odpowiedź Was zaskoczy: fotograf, i to nie jeden, jest ich kilku. Impreza nie jest tak naprawdę dla młodych, najważniejsze są zdjęcia i film. Nagrywa się wszystko i wszystkich. Potem powstają składanki w stylu Bollywood. Nie ma przebierania zdjęć, ujęć, zgrywania z muzyką, ma być barwnie, energicznie i szybko. Rodzina już po dwóch dniach ma materiały gotowe, dziesiątki kolejnych par młodych czekają w kolejce. Na zaręczyny często zaprasza się gości, których nie trzeba już zapraszać na wesele. Młodzi i ich Rodzice dokładnie planują kto kiedy. Wyżerka jest na pierwszym planie, wielu gości grzecznie wita się z młodymi, ale są i tacy, którzy tylko zsuwają klapki z nóg i suną od razu po talerze i do kocherów. Na młodych przyjdzie jeszcze czas, wieczór jest długi.
Panna młoda ubrana w tradycyjne sari, pan młody w długą koszulę, czyli jednak tradycyjnie.
Po miesiącu powtórka uroczystości, ale tym razem na koszt pana młodego, albo bardziej jego rodziców. I tu już hucznie i z przytupem, Goście w setkach. Fotografów co najmniej kilku, filmowców też. Rozsuwają gości, moderują pozy gości, zasłaniają wszystkie kluczowe momenty uroczystości.
Błogosławieństwo i ceremonia zaślubin
W przeddzień wesela byliśmy w domu pana młodego na uroczystości zbliżonej wydźwiękiem do naszego błogosławieństwa. Młody był karmiony słodyczami przez Rodziców, seniorów, rodzeństwo, a nawet dzieci. Objadł się nieprzyzwoicie.
W kocherach oczywiście jedzonko, skromne spotkanie w gronie najbliższych Przyjaciół i Rodziny dla ok. 200 osób.
Ślub w kościele katolickim w naszym przypadku, przed budynkiem dwa auta, bo jednym przyjechała panna młoda w białym ślicznym sari, a drugim pan młody. Ceremonia zaślubin długa, może nawet za długa. Zdjęcia non stop.
A potem w wielkiej Sali tuż obok kościoła recepcja i przyjęcie weselne. Para młoda wchodziła na salę w rytm muzyki Eda Sheerana : You look perfect tonight. Choć byliśmy w Indiach i liczyłam na Bollywood, a do tego za oknem lał się żar z nieba, bo ślub był o 12:00 (czyli słabe tonight).
Sala była klimatyzowana, my załapaliśmy się na miejsca przy eleganckich stolikach, dla wielu pozostałych gości były ławeczki. Kuchnia przygotowała imponujący zestaw dań, tym bardziej że musiała podjąć i Hindusów i Muzułmanów i Katolików i wegetarian. Każdy kącik miał swoją własną specyfikę.
Oczywiście żadnego alkoholu. Żadnych tańców, o ile nie liczyć występów dzieciaków, które na scenie w czasie, kiedy młodzi się przebierali, tańczyły wyuczone układy z rodem z piosenek z Bollywood.
Fajnie było na to wszystko popatrzeć. Pani młoda poza cudnym śnieżnobiałym sari, w drugiej części imprezy wystąpiła w pięknym i bardzo eleganckim sari w kolorze ciemnego granatu, które zostało jej przekazane podczas mszy jako podarunek od męża. Z siedmiu nitek jedwabnych pochodzących z tegoż sari zrobiono jej naszyjnik wokół szyi, na którym zawisł symbol ich wiecznej miłości.
O 15:00 było po wszystkim. Nie wiedzieliśmy zbytnio, kiedy wpaść do młodych z prezentami. Na scenie byliśmy już dwukrotnie, raz do zdjęć grupowych, raz do indywidualnych. Przyszło nam wejść na nią po raz trzeci i przekazać prezenty, które okazały się jednymi z niewielu, jakie zebrała para młoda. Same dziwy.













Miesiąc miodowy na Andamanach
Za to lecąc na Andamany, odkryliśmy, dokąd wiele młodych par wybiera się na ich miesiąc miodowy. Panny z bransoletkami zdradzającymi dopiero co zawarty związek małżeński i oczywiście sesje ślubne o zachodzie słońca.
Przyznajcie się, ile razy oglądaliście swoje zdjęcia ślubne? Hindusi musieliby oglądać je codziennie, żeby chociaż raz zobaczyć pracę tych, których zamówili na swoje śluby.






Nietypowe pomysły ślubne
Mia zapytana o najbardziej niesamowite życzenia na ślubach hinduskich opowiedziała o Pannie Młodej, która koniecznie chciała dosłownie „spaść z nieba” w ręce pana młodego. Ze względu na za duże ryzyko ostatecznie wychodziła z rozchylających się płatków kwiatu lotosu.
Była też para, która chciała do gości przypłynąć łodzią, i niestety zapadł się pod nimi trap i wtedy para wpadła cała do wody.
Byli też Goście, którzy pomylili jedzenie i objedli się wieprzowiną w ciemnym sosie, choć jeść jej im nie wypadało. Obsługa w panice zamieniała tabliczki z nazwą potrawy po tym, jak odkryła pomyłkę.
Byli też Rodzice, którzy pomylili sale ślubne i trafili na imprezę, ale nieswoich dzieci.
Był słoń podarowany przez księcia dla pary młodej. Wieeelki problem.
Mia ożywiła się, opowiadając o kwiatach i dekoracjach. W wersji najuboższej dekoracje są gotowe, zbudowane na drutach i pałąkach ze sztucznych kwiatów. Wyjmuje się je z magazynów i już. Ale te najpiękniejsze powstają ze świeżych kwiatów, które specjalnymi ciężarówkami na kilka godzin przed imprezą wiezie się z Bangaluru na przykład.
Co kraj to obyczaj. I choć nie było pana młodego na słoniu i pięknych kobiet Radżastanu w czerwonych sukniach i kolczykach w nosie to wesele zrobiło na nas wielkie wrażenie. A podobno biały człowiek na weselu to szczęście dla młodej pary, dlatego wystąpiliśmy całą piątką z asystą innych Europejczyków.
