Andamany – plaże otwarte do zachodu słońca

dnia

Dlaczego Andamany?

Naprawdę tak tu jest, ale po kolei. Wybrałam Andamany, by przekonać się na własne oczy, jak tam jest naprawdę. Mój długoletni kontrahent indyjski nie miał przekonania co do tego miejsca i raczej mnie zniechęcał, niż był entuzjastą mojego pomysłu.

Nie znam nikogo, kto był na Andamanach i mógłby mi opowiedzieć, jak tam jest i czy warto zobaczyć je na własne oczy.

Przeraziła mnie cena pobytu na Andamanach, to prawda, że celowałam w wysoką półkę, bo nie znalazłam złotego środka, oferty były albo bardzo podstawowe, albo te z wysokiej półki.

Tu na szczęście z pomocą przyszedł kontrahent, który wynegocjował dla mnie korzystniejsze stawki.

Jak dotrzeć na Andamany?

Problemem okazało się dotarcie na miejsce, wydawało mi się, patrząc na mapę, że żabi skok dzieli mnie z Cochi na wyspy, a tymczasem okazało się, że dzielą mnie od wysp dwa loty, albo przez Madras, albo przez Bengaluru, niedługie, ale jednak. A potem jeszcze prom, bo to jedyna droga dotarcia na wyspę Havelock, na której najbardziej mi zależało, bo to ona uchodzi za tę najpiękniejszą. Niestety nie było szans, by spasować loty z promem i przymusowo musieliśmy spędzić jedną noc w hotelu w Port Blair, czyli stolicy Andamanów.

Od samego przylotu uderzył nas brak turystów, jak się później okazało, błędnie nie zaliczyliśmy samych Hindusów jako turystów. W szczególności to ulubiona destynacja dla nowożeńców. Poza nami spotkaliśmy zaledwie kilku turystów z „białego” świata.

Port Blair

Port Blair nie urzekł nas niczym specjalnym. Wbrew zniechęcającej opinii miejscowego kontrahenta pojechaliśmy na plażę, by przekonać się na własne oczy, jak tam jest. Wskoczyliśmy do ciepłej jak zupa wody, bagatelizując ostrzeżenie o krokodylach. Na szczęście ostatni atak na turystę miał miejsce na zupełnie innej plaży i to 12 lat temu. Do dzisiaj dwie inne plaże są wyłączone z ruchu turystycznego. Tam nie zaglądaliśmy. Więzienie i wieczorne show z muzyką i dźwiękiem byłoby pewnie o wiele dla nas ciekawsze, gdybyśmy mogli obejrzeć je po angielsku, tymczasem siedzieliśmy w topowym pierwszym rzędzie oglądając show w języku hindu…

Havelock

Havelock od razu wydał się nam dużo bardziej przyjazny. Mała wyspa, bardzo zielona i okolona pięknymi szerokimi plażami. Nasz hotel cudnie położony nad samą wodą, z pięknymi palmami i cudnym dużym, choć płytkim basenem był spełnieniem moich oczekiwań co do rajskich wysp.  

Nie mogliśmy przez dłuższą chwilę pozbyć się natrętnych opiekunów i agentów chcących nas wozić, odwozić, sprzedawać atrakcje od wejścia na ląd. Ale daliśmy radę i spędziliśmy ten czas po swojemu. Tuk tukiem dotarliśmy na najpiękniejszą plażę tego zakątka świata. Polecano ją nam na zachód słońca i zasadnie, bo jest tam pięknie. Sami Hindusi dość ostrożnie podchodzą do kąpieli w wodach oceanu. Za to jest to ulubione miejsce dla młodych par oraz fotografów. Ku naszemu zdziwieniu wielu fotografów szalało na plaży, zabiegając o kolejne zlecenia. Ujęcia dość banalne i bardzo romantyczne, w każdym przypadku powtarzalne, żadnych innowacji. W tle inni ludzie, bawiące się dzieci, wszystko do retuszu. Pary snuły się wzdłuż całej plaży, dziewczyny łatwo rozpoznawalne dzięki charakterystycznym bransoletkom dla nowożeńców na ich rękach. Henną zdobione dłonie i stopy pięknie komponowały się na białym piasku. Oczywiście długie zwiewne suknie w przeróżnych kolorach. Panowie w luźnych jasnych koszulach i lnianych spodniach podwiniętych na dwa razy.

Chwilę po godzinie 17:00 wraz z zachodzącym słońcem zaskoczył nas dźwięk gwizdków. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi i co się dzieje, szybko sytuacja się wyjaśniła. Jak na hasło wyszli z wody wszyscy lokalni turyści. Okazało się, że plaża funkcjonuje tylko do zachodu słońca. Po tym, jak zmrok zapadnie, nie można tu przebywać ani się kąpać. Pilnują tego ratownicy. Widzieliśmy ich kilku, jak wyjmowali z wody upartych turystów i zabierali rozstawione na plaży flagi. Chwilę przed 18:00 plaża była całkiem pusta, czekając na kolejny wschód słońca.

Elephant Beach

To nie wyjątek, inna plaża Elephant Beach, porównywana przez miejscowych do Goa, to także ciekawostka lokalna. Plaża ma oficjalne godziny otwarcia, wejść na nią można dokonując opłaty za wstęp od 9 do 13:00. To miejsce, gdzie skupione są wszystkie atrakcje wodne: tu można chodzić po dnie oceanu, latać nad plażą, śmigać na bananie czy na skuterach wodnych. Ale tylko do 13:00. Z pewnością związane jest to z pokaźnymi pływami, które mocno cofają wodę co rano.

Warto o tym wiedzieć planując pobyt na wyspie, by nie przegapić okazji na sporty wodne.

Równie dużym zaskoczeniem była dla nas ilość baz nurkowych, wszystkie niby certyfikowane z legalnymi oznaczeniami. Nie wiem, jak to możliwe, by na jednej tylko głównej drodze wzdłuż plaży, było takich miejsc pewnie ok. 20. Nie udało mi się ustalić, czy rzeczywiście popyt na tę atrakcję jest tak duży. Skorzystaliśmy z jednej z takich baz, wyglądała najbardziej profesjonalnie z tych, które widziałam stąd jej wybór. Było super, ale poza nami na tablicy było tylko 5 innych nurków, którzy podobnie jak my wybrali się w morze.

Kajaki i plankton

Spędziliśmy na Andamanach 4 noce, dzieciaki stwierdziły, że moglibyśmy zostać tam jedną noc dłużej. Było dość czasu na kąpiel w oceanie, snorkling i nurkowanie. Zgodnie z polecanymi największymi atrakcjami na wyspie ulegliśmy pokusie i poświęciliśmy się, by wstać o 3:00 w nocy i wybrać się kajakami w poszukiwaniu świecącego planktonu. Teraz już wiemy, że dla samych Hindusów atrakcją są już kajaki, a plankton to dodatek.

Na szczęście mimo niekorzystnej fazy księżyca udało się nam zobaczyć plankton i rzeczywiście świecił. Oczywiście to, co widzieliśmy, mocno różniło się od widoku tego zjawiska na ulotkach reklamujących i wabiących turystów. Natomiast sam plankton zajął nam może 20 minut, resztę czasu mielibyśmy spędzić, siedząc w powiązanych ze sobą kajakach przy namorzynach, oglądając gwiazdy.  Kolejną atrakcją miał być wschód słońca i podziwianie koralowców przy brzegu. Zarzuciliśmy te atrakcje na rzecz powrotu do ciepłych jeszcze łóżeczek.

Przecieranie szlaku to zawsze niespodzianki i macanie terenu. Za to pojedliśmy dobrze, zaprzyjaźniliśmy się z właścicielem tuk tuka, który nie przepuścił żadnej okazji, by nas wozić na wyspie. Obejrzeliśmy dokładnie kawałek egzotycznego świata.

Andamany w pełni spełniły moje oczekiwania i myślę, że mogą pojawić się niebawem w ofercie wyjazdów ESTY.