Niespodziewanie szybki powrót

Plan na Walentynki

Pierwszy raz w karierze podróżniczej zdarzyło mi się wrócić do domu przed planowanym terminem i to sporo, bo cały jeden dzień. Sytuacji odwrotnych, kiedy opóźnione loty powodowały opóźnienie i powrót nawet o 2, 3 dni później niż planowano nie zliczę, ale wcześniej?

A było to tak. Kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe do Jemenu chciałam koniecznie wykorzystać pobyt w Kairze na locie tam i z powrotem. Dograłam idealnie terminy, wcale nie przypadkiem 14 lutego mieliśmy wylądować już rano w Kairze i spędzić tam całe dwa dni na powrocie z Jemenu. Zaplanowałam wszystko z dużym wyprzedzeniem, nocleg w pięknym kolonialnym hotelu, który miałam na liście marzeń, lunch w super restauracji fusion ze specjałami wysokiej klasy i unikalnym widokiem na piramidy, potem długie zwiedzanie Muzeum Egipskiego, nowootwarte muzeum, o bilety do którego bije się cały świat, było zaplanowane na sobotnie popołudnie, bo wtedy czynne jest aż do 22:00 i nie ma zbyt wielu odwiedzających.

Walentynki w Kairze – miało być tak pięknie.

A jak było, zupełnie na opak. W przeddzień zaplanowanego odlotu z Jemenu o godz. 7:00 z Sajun obudziła mnie wiadomość przekazana na WhatsAppie przez moją agentkę od biletów z Kairu, że nasz lot został przesunięty. I zamiast o 7:00 rano zaplanowany jest na 19:30. Czytałam tę wiadomość dwukrotnie, by upewnić się, że rozumiem prawidłowo jej treść.

Szczerze mówiąc już w przeddzień rozmawialiśmy z Maciejem, że trzy noclegi na koniec w tym samym miejscu to o jeden za dużo, i że moglibyśmy ten program zacieśnić, by zrobić to wszystko w dwa dni… a tymczasem pobyt miał się nam wydłużyć o kolejny cały dzień…

I ten Kair, który przepadłby i to z kretesem, zapłacony bezzwrotnie hotel, bo czasu mniej niż 24 godziny na anulację rezerwacji, bilety do muzeum kupione, rezerwacja w restauracji przedpłacona, lot do Polski z Kairu następnego dnia. Przyznaję, że przez chwilę poczułam rezygnację. Ale dlaczego tak, dlaczego na prywatnym wyjeździe?

Piątek rano to w krajach muzułmańskich odpowiednik naszej niedzieli, cisza, spokój, wszystko pozamykane, wszyscy śpią. Moja agentka odpowiedziała po chwili, że potwierdza przełożony lot i że nie ma pomysłu jak mi pomóc. Kolejny samolot poleci dopiero we wtorek…

Musimy działać

Podjęliśmy decyzję z Maciejem, że pakujemy rzeczy, musimy działać. Przejrzałam cały rozkład lotów z Sajun – nie był długi, poza jednym naszym lotem przesuniętym na wieczór, nie było nic ani dzisiaj ani jutro. Mukalla, czyli miejscowość w której zaczęliśmy nasz objazd Jemenu ma lot dopiero w niedzielę i to do Dubaju. Też źle. Pamiętałam jednak o połączeniach z Salalah w Omanie. Szybka analiza sytuacji: wizy nie potrzebujemy. Bilety są dostępne w sieci, jak ruszymy zaraz to pokonamy 800 km w 10 godzin.

Zeszliśmy na dół czekając na naszych opiekunów. Pojawili się wyelegantowani punkt 8:00. Kiedy dowiedzieli się o przesuniętym locie, powiedzieli, że jest im  przykro i zadeklarowali gotowość rezerwacji dłuższej doby hotelowej w hotelu… to był najgorszy pomysł dla mnie w tym momencie. Szef jeszcze spał, no bo piątek. Zapytałam przewodnika, czy możliwy jest transfer do Omanu. Spytał kierowcę, ile czasu potrzebuje, 10 godzin padła odpowiedź, 7 on i 3 kierowca w Omanie. Nie było na co czekać, miałam nadzieję, e tam pewność, że zdążymy, kupiłam bilety na lot z Salalah przez Dubaj i Dżedę do Egiptu. Mieliśmy tam wylądować zgodnie z planem o 9:35 następnego dnia.

Jedziemy do Omanu

Szef potwierdził zmianę planów, wycenił ją dość słono, potargowałam się trochę, żal mu było najbardziej lunchu z nami, na który sprosił już pół rodziny. Nikt nie pytał o wizy, nikt nie pytał o bilety, po prostu cel dowieźć nas do Omanu.

Ruszyliśmy jak z kopyta, jeszcze tankowanie, zapas katu do żucia dla kierowcy. Nie miałam nawet odwagi, by oprotestować żucie liści w samochodzie, wiedziałam, że kierowca jest pod presją czasu i stara się dowieźć nas na konkretną godzinę. Pierwszy odcinek drogi poszedł nam bardzo gładko, poza nami mieliśmy w samochodzie przewodnika i ochroniarza. Drugi odcinek zaskoczył nas całkowicie bo nagle teren doliny zamienił się w wysokie góry, gdzie droga była bardzo dziurawa i całkiem spory ruch ciężarówek jadących tutaj z Omanu. Straciliśmy sporo cennego czasu. Zrobiliśmy przez 7 godzin tylko jedną krótką przerwę na toaletę, kierowca wyjął nawet papierosa, ani razu nie widziałam go wcześniej by palił.

Przesiadka

Dotarliśmy do punktu, gdzie mieliśmy się zmienić w 7 godzin i 40 minut. Tu szybko pożegnanie, uściski, i zmiana kierowcy na Jemeńczyka, ale autem z pozwoleniem na przekroczenie granicy. Pan ani słowa po angielsku, musiałam szybko uruchomić skromny arabski.

Dogadaliśmy się, że musimy jechać szybko dlatego pan pierwsze co zrobił to… pojechał z nami na stację benzynową, żeby się zatankować. I nie tylko paliwo, bo potrzebował jeszcze gaz.

Zbliżaliśmy się do granicy, wrócił Internet. Mogłam szybko załatwić pilne sprawy z biurem w Polsce. Pierwszy stop, chcemy wysiadać, niepotrzebnie, to tylko kontrola papierów kierowcy. Chwila w plecy. Drugi stop. Wysiada tylko Maciej i musi pokazać walizki, żołnierz jemeński przeszukuje je bardzo dokładnie. Znowu kilka minut na minusie. Trzeci stop: kontrola celna i pieczątka na karteczce dla kierowcy. Wreszcie kontrola paszportowa dla nas, wychodzimy, czekamy, stemple, wyjeżdżamy z Jemenu.

Na granicy z Omanem

Długi pas ziemi niczyjej, kolejna kontrola już omańska, tylko miła rozmowa z żołnierzami. Za chwilę kolejny stop i po raz pierwszy w życiu widzę skaner na granicy, musimy opuścić auto, a ono przejeżdża i jest całe zeskanowane, pewnie chodzi o broń. Oczywiście to znowu kilka minut straty. Dalej będzie kontrola celna, kontrola bagaży, jeszcze bardziej szczegółowa niż w Jemenie, sprawdzają także plecaki a nawet nerkę, czas mi ucieka. I kiedy myślę, że to już – musimy pójść i podstemplować paszporty, przed nami 8 Jemeńczyków, dwóch panów pograniczników, z których tylko jeden pracuje i to wolno, drugi grzebie w telefonie. Jak nasze paszporty trafiają w ręce pogranicznika, przegląda je od każdej strony, sprawdza coś w sieci, dzwoni po kogoś. Już nie możemy usiedzieć, nerwowo chodzimy po sali. Pan nas miło zachęca byśmy sobie posiedzieli. Ale jak? W takim momencie? Pan z wyższego piętra przychodzi, ogląda nasze paszporty i… zabiera je ze sobą na górę. O nie!!!!!

Kolejnych 5 minut w plecy. Podstemplowane dostajemy z powrotem, puszczamy się biegiem do samochodu. Oby to koniec. Jeszcze tylko dwie bramki i jesteśmy w Omanie.

Nasz kierowca ma hotspot, włączamy się do sieci, o 20:30 mamy odlot samolotu. Nawigacja pokazuje czas dojazdu do lotniska 2 godz. i 56 minut, załamuję mnie to całkowicie. Planowany przyjazd 20:56. Nasz kierowca za to wydaje się cały szczęśliwy, pokazuje mi dumny czas i liczy na palcach godziny. Przecież 19:00 to idealna pora dotarcia na lotnisko. Tyle, że pan kierowca żyje w czasie jemeńskim, nie wie, że w Omanie doliczamy godzinę do przodu.

Nadzieje umiera ostatnia. Pan kierowca nie rozumie, co do niego mówię, wyjmuje papierosy i włącza wentylację na maksa, wdmuchuje powietrze papierosowe do wentylacji, a ja milczę zaciskając zęby. Potem palić będzie jeszcze przy otwartych oknach. Pędzi za to jak szalony. Nie patrzę nawet na licznik. Czuję zapach liści, czyli wyjął sobie paczuszkę katu. Już mnie nic nie zdziwi. Widzę jak nawigacja przelicza czas, zdobywamy cenne minuty, ostatecznie światła Salalah majaczą w oddali o 40 minut szybciej niż miały. Wpadamy na lotnisko o 20:14. Mam jeszcze nikłą nadzieję, że się nam uda, po drodze przyszły dwa smsy informujące mnie o zmianie godziny odlotu naszego pierwszego samolotu, niestety tylko o … 3 minuty.

Przy odprawie nie ma nikogo. Łapiemy jakiegoś miłego pana z obsługi lotniska, informacja, że dotarliśmy tutaj z Jemenu robi na panu wrażenie, ale na obsłudze naszej linii, do której dzwoni już nie na tyle, by przyjąć nas na pokład. Właśnie dowiedzieliśmy się, że nie polecimy tym samolotem, innego nie ma, bilety przepadły.

Nie tak miało być

Mi opadły ręce. Szybki kontakt z moją zaprzyjaźnioną agentką z Poznania, czy może pomóc z biletami, niestety po godzinach pracy już nie może, bo bilety trzeba by wystawić w Czechach, bo Polska nie obsługuje tych linii. Super. Znajduję jedyne na lotnisku biuro obsługi Oman Air, w końcu to ich rodzima linia. Pan jest bardzo miły ale może mi sprzedać bilet tylko do Muskatu, lot do Kairu jest pełen. Sprawdzamy zatem opcję dla mnie najsmutniejszą czyli powrót do Polski dzień wcześniej i całkowicie pominięcie Kairu, do którego bilety przekraczają cenę 8000 PLN.

Owszem jest Frankfurt, ale pan nie może sprzedać mi połączenia do Poznania. Szybko odpalam komputer, i pewnie wiecie, co się zadzieje teraz, bateria na wykończeniu, wtyczka nie pasuje do gniazdka, internet trzeba konfigurować podając tysiąc numerów i adresów mailowych…  Przed chwilą był bilet do Poznania, ale jeden, ja potrzebuję dwa, Maciej nie pomaga, bo wymyśla Berlin. Chowam twarz w dłoniach. Moje piękne jemeńskie wakacje. A niech to!

Walka o bilety

Dobra, biorę głęboki oddech, jeszcze raz spokojnie wchodzę na stronę Oman Air, konfiguruję lot na jutro przez Muskat do Frankfurtu i Poznania. Cud, pojawiają się dwa bilety. Pan, który jest agentem tej linii siedzi 2 metry przede mną i nie ma takich biletów. Ratunku. Nie wiem, o co chodzi, sprawdzam krok po kroku datę, liczbę podróżujących, godziny lotów, poszczególne kraje. Wszystko się zgadza. Niestety komputer z automatu zaciąga moje dane dla obu pasażerów, muszę wrócić kilka kroków, by to zmienić, wiem czym to może grozić, na szczęście bilety jeszcze są, teraz muszę za nie zapłacić, i choć internet w laptopie działa jako tako, to w telefonie nie mogę połączyć się z bankiem, by zaakceptować transakcję, cenne 4 minuty, chodzę po płycie lotniska w poszukiwaniu mocniejszego sygnału. To się nie dzieje.

Wreszcie wyczekiwany komunikat: transakcja zakończyła się sukcesem. Przychodzą bilety, sprawdzam dane. Mamy to.

I znowu przypominam sobie Kair i wszystko co mi właśnie tam przepadło i robi mi się straszliwie smutno.

Hotel w Salalah

Jest 20:45, ostatni posiłek to śniadanie o 8:00. Potem dwa połamane wafelki w samochodzie i dwa jabłka. Czuję, że boli mnie głowa – stres. Szukamy hotelu, znam w Salalah dwa, wychodzimy i bierzemy taksówkę. Pan taksówkarz żadnego nie zna osobiście, wybieram jeden z nich, jedziemy. W recepcji mili panowie, podają nam cenę dużo wyższą niż na booking.com. Gorąco zachęcają do rezerwacji przez portal bo taniej. Nie zrozumiem czasami pewnych mechanizmów turystyki. OK, rezerwacja zrobiona, i gdy wydaje mi się, że już powinnam dostać klucze, panowie muszą poczekać aż rezerwacja przetrawi się w systemie. Idziemy na kolację, bo zaraz zamkną restaurację. Jest już 21:30.

Jak miło jest wreszcie siąść i coś zjeść. Głowa jeszcze jedzie, szumi mi strasznie. Maciej nie wie, czy mnie pocieszać, czy nie mówić nic. Ja ciągle mielę ten Kair. Ciężki klimat.

Z ulgą zapadamy się w wygodnych wielkich łóżkach, wcześniej wzięliśmy upragnioną kąpiel w ciepłej wodzie.

To nie koniec przygody.

P.S.

Walentynki spędziliśmy w podróży, tym razem wszystko poszło zgodnie z planem. Nie omieszkam dopytać, czy nasz lot odleciał z Jemenu planowo. Fakt jest, że zamiast startować z Jemenu do Kairu, my właśnie kołowaliśmy nad Poznaniem.

I tak zamiast wrócić z upragnionego urlopu we dwójkę w niedzielę o 18:00, zaskoczyliśmy Dzieciaki i Dziadków już w sobotę o 22:00.

Happy Valentine’s Day!