Inspiracja z programu „Kobieta na krańcu świata”
Program Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata” od zawsze był moją inspiracją do poznawania niesamowitych historii wielu kobiet z całego świata. Dzięki jednemu z pierwszych odcinków trafiłam do pani w RPA, która mieszkała z hipopotamicą Jessicą w jednym domu. Całkiem niedawno udało mi się umówić na wizytę w wiosce Kalaszów i poznać osobiście Iran Bibi.
Nie inaczej było teraz podczas pobytu w Boliwii, gdzie postanowiłam przygotować niespodziankę dla mojej grupy i przed walką cholit w ringu, tutejszą atrakcją nie tylko dla turystów, przede wszystkim ulubioną atrakcją dla miejscowych, chciałam spotkać się z Carmen Rojas – dzielną i nieposkromioną wojowniczką.


Spotkanie z Carmen Rojas
Udało się to aż nazbyt gładko. Moja kontrahentka zaskoczyła mnie, kiedy krótko po otrzymaniu mojej prośby potwierdziła spotkanie z Carmen, podała kwotę, na jaką Carmen wyceniła pogawędkę. Zaakceptowałam warunki, ucieszona, że będzie to niepowtarzalna okazja, by porozmawiać o tym dla nas raczej niezrozumiałym sporcie.
Zdradziłam grupie swój plan na kilka dni przed spotkaniem, opowiedziałam o naszej bohaterce, której nie wiedzie się zbyt dobrze. Cholita na zaproszenie Martyny Wojciechowskiej była w Polsce. Jednak mimo lat jej sytuacja z trudnej stała się jeszcze trudniejsza. Tym bardziej ucieszyło mnie, że moja grupa dorzuciła się do pomysłu zakupów dla Carmen.
Pierwsze zaskoczenie
Trochę zdziwiło mnie, że nasza wojowniczka na dwa dni przed spotkaniem poprosiła o zmianę miejsca spotkania z ringu na nasz hotel, a potem poprosiła, by umówioną kwotę za spotkanie (ok. 25 USD) przelać jej na telefon, podała nawet kod QR.
Nie zagłębiałam się w warunki – najważniejsze było, że spotkanie było potwierdzone.
Wybiła godzina 14:30. Zeszłam do recepcji naszego hotelu. Przy ladzie stała cholita, ale to nie była moja Carmen Rojas. Dla pewności zapytałam panią w recepcji o moją Carmen Rojas. Wtedy stojąca obok pani ożywiła się, podeszła do mnie, uściskała mocno moją dłoń i przedstawiła się:
– To ja jestem Carmen Rojas.
Rzadko mi się zdarza zaniemówić z wrażenia, ale to chyba był ten moment. Hiszpańskie słowa wirowały mi w głowie, nie chcąc ułożyć się w żadne spójne zdanie.


Nieplanowana rozmowa
Otrząsnęłam się, chcąc ukryć moje zmieszanie przed Carmen, która serdecznie uśmiechała się do mnie stojąc nos w nos w recepcji. Zaraz miała pojawić się grupa, trzeba coś wymyślić.
Najprostsze są rozwiązania oczywiste – cóż było robić, zaprosiłam Carmen na sofę i zaczęłam z nią rozmawiać, by dowiedzieć się jak najwięcej o zupełnie mi nieznanej osobie.
Grupa zaczęła się schodzić, Carmen zniknęła na chwilę, pytając wcześniej, czy chcielibyśmy zobaczyć jej złoty pas – no jasne.
Zasiadła na kanapie i była gotowa na rozmowę.
Cholita – wojowniczka w spódnicy
Pani ubrana w piękną biało-zieloną spódnicę, z obowiązkową chustą, wspaniałymi kolczykami z bolivianitów, sandałkami na stopach. Miała także cudny melonik i aż cztery przednie zęby ze złota, a że uśmiechała się do nas cały czas, wyglądała imponująco.
Ochoczo pokazała nam, z czego składa się typowy strój boliwijskiej cholity. Odsłoniła kolejne warstwy halek i spódnic, pokazała buty, bluzkę, chustę.
Wspomniała, że na ringu walczy zawsze w pełnym stroju, zdejmuje jedynie chustę z frędzlami i wyjmuje z uszu długie kolczyki. Oczywiście melonik też odkłada na bok.


Jak narodziły się walki cholit
Poznaliśmy jej powody do tego, by zostać cholitą, w 2001 roku zdecydowała się po długich latach kibicowania przy boku swoich rodziców co niedzielnym walkom mężczyzn w ringu pokazać światu, że kobiety też mogą walczyć. Wraz ze swoimi trzema koleżankami założyły klub cholit, które jako pierwsze na świecie miały wejść na ring i walczyć ze sobą. Ta walka to jak sama Carmen powiedziała show, markowane ruchy mieszają się z twardą walką wręcz. Nie ma żadnych zasad, wszystko jest dozwolone. Często walka kończy się rozciętym łukiem brwiowym, stróżką krwi w kąciku ust, wstrząsem mózgu czy wybitym barkiem lub obitymi łokciami lub kolanami.
Droga na ring
Najpierw było trudno, dziewczyny nie miały gdzie ćwiczyć, chodziły na siłownię, gdzie wpuszczano je po treningu mężczyzn. Potem trenowały także pod okiem trenera, który bardziej przydatny był w dawaniu praktycznych wskazówek jak uniknąć strat podczas walki.
Mąż Carmen był przeciwny jej pomysłowi, za to tata pękał z dumy. Postawiła na swoim, nie uległa presji. Pierwsze walki zaczęły przyciągać ludzi. Ktoś dowiedział się o walkach kobiet i napisał list z Peru. Dziewczynom otworzyły się oczy na świat, reprezentant z Peru przyjechał, by zobaczyć je na żywo, kilka miesięcy potem przyszło zaproszenie na walki do Peru. Czekało je tam prawdziwe tournée po miastach peruwiańskich. Carmen promienieje, kiedy opowiada, jak wyrabiała swój pierwszy w życiu paszport, a potem leciała po raz pierwszy w życiu samolotem. Witano je w Peru jak gwiazdy, kwiaty a lotnisku, prywatna ochrona, wspaniałe hotele i sale wypełnione do ostatnich miejsc.
To był życie. Po Peru pojawiły się także zaproszenia do innych krajów: Chile Argentyna, Stany Zjednoczone, a nawet Anglia. Poza walkami kobiety coraz częściej brały udział w programach telewizyjnych, audycjach radiowych promujących równouprawnienie i walkę kobiet o własne prawa.
Cienie sławy
W Boliwii ich sytuacja aż taka dobra nie była, nie szanowano ich tu zbytnio. Zaczęto domagać się walk nie tylko między kobietami, ale także mieszanych. Dziewczyny godziły się na te warunki, nie mając wyboru. Poobijane, obolałe wracały do domów, dostając około 20 USD za walkę.
Dumnie lizały rany, by za tydzień ponownie stanąć na ringu.
Byliśmy na takiej walce, dwie z czterech założycielek ruchu cholit walczących na ringu mają teraz swój lokal, który dzierżawią od miasta w centrum i dwa razy w tygodniu zapraszają na walki pomiędzy sobą i …swoimi dziećmi. Carmen ma syna, który poszedł w ślady mamy i walczy na ringu, poznajemy go w walce finałowej, gdzie staje na wprost Jolandy, koleżanki Carmen, która podobnie jak nasza bohaterka ma 55 lat i nadal walczy. Nie ma tu umowy o taryfie ulgowej.
Szokujący finał
Czterdziestoletni syn Carmen (tak, tak urodziła go w wieku 15 lat) staje dumnie naprzeciw koleżanki własnej mamy i walczy, skacząc na nią, kopiąc ją, waląc po głowie. Jolanda nie zostaje mu dłużna, przerzuca go przez plecy, naskakuje na ramiona, kopie gdzie popadnie. Nie ogląda się tego z przyjemnością. Scena pośrodku patio cała rusza się i trzeszczy, po każdym upadku jednej z osób a tym bardziej dwóch zdaje się rozpadać na kawałeczki.
Willi – syn Carmen zdejmuje koszulkę, popisuje się pulchnym ciałem i tatuażami. Jolanda pokrzykuje, zagrzewa publiczność do oklasków, robi sobie żarty z męskości Willego. A Carmen siedzi na schodkach przed wejściem do sali, nie chce patrzeć, jak bije się jej syn. To dopiero niespodzianka, w naszym hotelu na sofie z wielką dumą opowiadała o Willim, który poszedł w jej ślady.
Druga Carmen Rojas
Wreszcie dowiadujemy się, dlaczego w ostatniej chwili Carmen zmieniła warunki naszego spotkania. Choć zna Jolandę od lat to nie chciała dzielić się z nią pieniędzmi, o które nas poprosiła, wyceniając rozmowę z nami.
Jesteśmy świadkami niezłego show między koleżankami. Po przyjściu do sali gdzie będzie walka Jolanda usadza nas w pierwszych rzędach i zapowiada, że za chwilę pojawi się tutaj Carmen Rojas (ta sama, z którą dopiero co ponad godzinę rozmawialiśmy w hotelu i mamy zdjęcia). Jak na zawołanie Carmen staje w drzwiach, nie wydaje się zmieszana sytuacją, zostaje nam oficjalnie przedstawiona przez Jolandę, która zachęca do rozmów z Carmen o jej karierze i życiu. Mamy 15 minut dla nas. I jak tu powiedzieć, że my wiemy wszystko, a Carmen znamy od dobrych dwóch godzin. Ta zupełnie niewzruszona wita się z każdym z nas, podając rękę, jakby nigdy nic, pozuje z Jolandą do wspólnego zdjęcia. Kiedy ta odchodzi do swoich obowiązków, nachyla się do mnie i mówi:
– Dziękuję, że mnie nie wydaliście.

Prawdziwa Carmen Rojas
Carmen Rojas nie walczy w ringu, niestety w wyniku intensywnych walk i nakładających się treningów do „Tańca z gwiazdami”, do którego została zaproszona jako gwiazda, nabawiła się potężnej kontuzji biodra. Musiała mieć protezę. Tęskni za ringiem i stale wpada tutaj podczas niedzielnych walk, żeby dopingować.
Ma nadzieję, że niedługo stanie na ringu. Z dumą pokazuje nam na YouTube filmiki z jej najbardziej spektakularnych walk. Pokazuje też filmik z ulicy, kiedy to jeden z mężczyzn wykrzyczał jej w twarz, że jest prostytutką, bo walczy dla pieniędzy.
Podwójna lekcja odwagi
Musielibyście zobaczyć tę reakcję, Carmen oburzona słowami mężczyzny, prosi go najpierw, by powtórzył, co powiedział, ten nieświadomy tego co go czeka, powtarza słowa prostytutka i ani się obejrzy, ląduje na ziemi dociśnięty do chodnika ciałem Carmen. Widać, że jest wściekła i nie zamierza mu odpuścić. Rzecz się dziele na najświętszym placu w La Paz przed kościołem św. Franciszka.
Zgodnie przyznajemy, że walki kobiet to nic dla nas. Byliśmy raz i wystarczy.
A nasza Carmen Rojas okazała się być „kopią” jak tłumaczy mi prawdziwa Carmen jej osoby. Nie jest zrzeszona w klubie walczących cholit, idzie własną drogą. Podobno zmieniła teraz swój pseudonim artystyczny i nadal występuje na ringu raz w tygodniu na scenie w El Alto.


Żałuję, że nie poznaliśmy TEJ Carmen Rojas, której historię znałam z filmu. Ale dzięki tej „pomyłce” poznaliśmy aż dwie dzielne kobiety, które stawiły opór społeczeństwu ślepo zapatrzonemu w macho. Carmen opowiedziała nam barwną historię swojego życia, mając naprawdę sporo przyjemności z tego spotkania. My zgodnie uznaliśmy, że to była bardzo miła rozmowa na pewno ciekawsza niż sama walka.
