Uganda. Trekking na goryle

Początek przygody z gorylami w Ugandzie

W przeddzień trekkingu zrobiliśmy sobie odprawę techniczną. Byliśmy świetnie przygotowani. Mieliśmy odpowiednie ubranie, dobre buty, długie skarpety albo stuptuty, czapki, okulary, rękawiczki, małe bagaże, kijki. Teraz tylko czekaliśmy na dobrą pogodę i piękne widoki.

Na śniadaniu, choć bardzo wczesnym, stawiliśmy się nawet przed czasem. Emocje i ekscytację czuć było w powietrzu.

Problemy zaczynają się jeszcze przed startem

Pierwsza niezbyt dobra wiadomość dotarła do nas już przy śniadaniu. Droga na skróty do bram parku została zamknięta w nocy. Po ulewnym deszczu osuwisko zablokowało drogę i niestety musimy nadłożyć godzinę drogi. Zerkam na zegarek, raczej nie zdążymy na odprawę o czasie, ale nie mamy wyjścia, ruszamy. Pierwszy odcinek jazdy po ciemku po asfalcie mija dość szybko. Trzęsie nami na odcinku off roadowym. Jadące z naprzeciwka auto informuje nas o ciężarówce przed nami, która utknęła i zablokowała drogę. Chwytam za walkie-talkie i opowiadam o gorylach, by mieć tę część programu za nami na wypadek, gdyby czekały nas niespodzianki. Niestety dość szybko okazuje się, że i na tej drodze osunęła się ziemia i rzeczywiście trasa jest nieprzejezdna. Poza samą ziemią, spadły także wielkie kamienie i drzewo i nie ma szans na szybkie udrożnienie drogi.

Plan B i afrykański transport

Mamy od razu plan B. Informujemy władze parku o zaistniałej sytuacji, a te mają wysłać nam samochód, który nas odbierze. Zabieramy zatem nasze rzeczy i aby nie czekać bezczynnie, maszerujemy do parku. Chwilę to potrwa, zanim auto przyjedzie. Ku naszemu zdziwieniu jedno i to z paką. Cóż robić, upychamy się jak śledzie na pace i ruszamy do parku. Droga wcale nie jest krótka, a na pewno nie gładka, trzęsie nami straszliwie.

Nie ma jak zmienić pozycji, jedni siedzą na ramie, ktoś stoi, ja klęczę, a dno paki wrzyna mi się w kolana. Najgorsze są te podskoki, kiedy wszyscy odczuwamy afrykańskie drogi.

Wreszcie wyruszamy na trekking

Wreszcie docieramy na miejsce. Część grup jest już po odprawie, ale są i tacy, którzy na miejsce w ogóle nie dotarli. My podzieleni na dwie grupy, ruszamy w poszukiwaniu zwierzaków. W naszej grupie trekkingowej nazwanej Torpeda Lux atmosfera dobra, zapał ogromny. Nasz przewodnik najpierw prowadzi nas przez pola i łąki, strumyki i mnóstwo błota wszędzie. Idziemy dzielnie, nie poddając się okolicznościom.

Błoto, przeszkody i prawdziwa dżungla

Kawałek trasy dla złapania oddechu wiedzie po płaskiej drodze, ale chwila nie trwa zbyt długo, bo szybko wchodzimy znowu w las. A tu już żartów nie ma, błoto czasami sięga po kostki i nie ma alternatywy, trzeba stąpać i brodzić w odmętach błota i ziemi. Maszerujemy dalej, wierząc, że to już niedługo. Mamy też przeszkody na trasie, pnie drzew, które trzeba obejść albo przejść nad nimi, strumyki, nad którymi trzeba przejść po bardzo cieniutkich i niepewnych kładkach. Jest gorąco, ale nie za bardzo. Komarów nie ma, na szczęście.

Spotkanie z gorylami – magia chwili

Na horyzoncie pojawiają się zwiadowcy, to najlepszy znak. I za chwilę jesteśmy wraz z gorylami. To niesamowity moment, tym bardziej że cała rodzinka licząca 9 sztuk siedzi może metr od nas. Kilkukrotnie maluchy, bawiąc się, dotkną nas albo wpadną pomiędzy. Silverback czuwa nad całą rodziną i leży bardzo blisko, kilka dorosłych samic, ale całą atmosferę nakręcają maluchy, które bawią się, turlają, walczą, biją się pięściami po piersiach.

Godzina to za mało, moglibyśmy siedzieć i patrzeć na nie kolejną, a może i dwie.

Powrót i jeszcze więcej wyzwań

Ale zasady to zasady. Było niesamowicie! Droga do domu wcale nie będzie krótsza. Musimy znowu pokonać to błotko, a potem jeszcze kawał trasy do punktu startu. Na szczęście udaje się nam poprosić pana od pickupa, żeby po nas przyjechał. Niestety nawet tak mocne auto zatapiamy w wielkim błocie na trasie. Niewiele pomaga nasze zejście z paki, auto wpada coraz głębiej, koła buksują i tyle z tego było. Trzeba je wyciągnąć z błocka, co zresztą uda się dość sprawnie.

Nerwowe oczekiwanie i walka o powrót

Na punkcie startu satysfakcja z zobaczenia goryli dopiero do nas dociera. Mamy chwilę na pamiątki i kawę, bo czekamy na drugą grupę.

Nad Bwindi gromadzą się ciemne chmury, co mnie bardzo stresuje, bo ulewny deszcz odetnie nam drogę powrotu. Nasz kierowca, jedyny jak dotąd, któremu udało się przedrzeć przez zaporę, jedzie po drugą grupę, która podobno zeszła z trasy.

My czekamy, ale tracąc kontakt z kierowcą i nie mając tu żadnego innego samochodu, zaczynam szukać alternatywnych dróg wydostania się z parku do naszych aut stojących na trasie dojazdowej. Udaje mi się znaleźć samochód, ale jego kierowca jest kompletnie pijany. Drugi wprawdzie mniej, ale trzeźwy nie jest. Zostają mi motorki boda boda. Wioseczka malutka i łapię tylko 5, a nas jest 9. Szybko zapada decyzja, że jedziemy po afrykańsku, czyli po dwóch pasażerów plus kierowca na jednej kanapie. I tak suniemy pod górkę. Oczywiście muszę pozbyć się wizji, co by się mogło stać, bo droga wąska i śliska, ale nie mam innego pomysłu na rozwiązanie sytuacji.

Kolejne osuwiska i walka z trasą

Na drodze widzimy poruszenie. To jedno z naszych aut, próbując dotrzeć do nas, utknęło w kolejnym osuwisku, które było na tyle miękkie, że koła zapadły się bardzo głęboko.

Załamuję ręce, choć z uśmiechem, bo co tu powiedzieć w takiej sytuacji. Nasze auta przedostały się po miękkiej ziemi z osuwiska, ale utknęły na kolejnej przeszkodzie.

Wreszcie mamy je po odpowiedniej stronie. Dociera też kierowca z drugą grupą, która wycieńczona opowiada nam z zapałem o swoich przygodach.

Przygody drugiej grupy

Dla odmiany w Torpedzie była nie do końca uczciwa pani przewodniczka, która od samego początku namawiała uczestników trekkingu do zamówienia tragarzy, których rolą poza niesieniem bagażu jest też pomoc przy trudnych i ostrych podejściach. Kilku tragarzy zamówili, podejrzane było to, że panowie nagle wyszli z krzaków, co było bardzo mało wiarygodne. To nie koniec podstępnych sztuczek pani przewodnik, która koniecznie chciała sprzedać grupie drugą grupę goryli. Na szczęście w grupie nie było naiwniaków, pani przewodnik musiała obejść się smakiem dodatkowego zysku, goryle i tak musiała pokazać, bo były na trasie, a nasi dzielni piechurzy pokazali, że obejdzie się nawet bez dodatkowej pomocy na najbardziej wymagającej trasie. Podejście podobno było naprawdę trudne i niebezpieczne.

Świętowanie z widokiem

Ależ wrażeń! Teraz jeszcze wymiana zdjęć i filmów. Na pierwszym przystanku na asfalcie zatrzymuję auta i wznosimy toast za goryle. Kilka łyków bąbelków z widokiem na jezioro w ubłoconych butach to niezapomniany smak i moment.

Wieczór pełen emocji

Przy kolacji nikt nie mówi o niczym innym tylko o gorylach. Analizujemy ich wielkość, zachowanie, ilość. Rozentuzjazmowani podsumowujemy trekking. Nikt nie ma wątpliwości, że było cudnie. Są i tacy, którzy od razu mogliby wracać na szlak.

Misja bardzo udana!