Piątek trzynastego
Jeden z pierwszych moich samodzielnych wyjazdów do Peru. Zbiórka w Warszawie w piątek trzynastego. Lot z Warszawy do Amsterdamu niemal pełen, za to na długiej, bo trwającej prawie dwanaście godzin trasie z Amsterdamu do Limy zaledwie co czwarty pasażer. Cóż to była za niespodzianka i luksus. Każdy z nas miał co najmniej po dwa miejsca dla siebie, ale byli i tacy szczęśliwcy, którzy mieli cały czteroosobowy rząd dla siebie. Nigdy nie pomyślałabym, że piątek trzynastego może być wystarczającym powodem, by planować swoją podróż przed tą datą lub po. Muszę dodać, że to historia sprzed kilkunastu lat i pewnie teraz już nikt aż tak bardzo nie sugeruje się datą i przesądami, ale tego zdarzenia na pewno nie zapomnę.
W trójkę do Gruzji
Inna sytuacja to pełne zdziwienie, kiedy okazało się, że na trasie z Poznania do Kutaisi podróżowałam we… 3 osoby. Gdybym słyszała tę historię z ust trzecich, nigdy nie dałabym wiary, że linie zrealizują lot przy tak małej obsadzie. Regularna maszyna tanich linii z miejscami dla 170 osób, a tymczasem na pokładzie poza kapitanem i pierwszym oficerem było trzech stewardów i nas trzech pasażerów. Co za uczucie, kiedy po rozpoczęciu boardingu zamiast typowego dla lotnisk tłumu ustawiającego się w szeregu, by wejść na pokład, nie było niemal nikogo. Każdy z nas trzech pasażerów rozglądał się z niedowierzaniem, że to się dzieje naprawdę. Od samego początku dociekaliśmy, co się stało. Byliśmy ostatnim lotem w sezonie dołożonym w ostatniej chwili do planu lotów, maszyna była potrzebna w Gruzji, by zwieźć ostatnich pasażerów stamtąd, ale nie proponowała już kolejnego lotu powrotnego. Słaba wymówka, przez chwilę czuliśmy jakiś podstęp, ale lot odbył się przy indywidualnej obsłudze 1:1.
Covidowe pustki
Covid był sprawcą wielu niespodzianek w trasie. Nierzadko samoloty świeciły pustkami, szczególnie te linii KLM i Air France, które wprowadziły podwójne testowanie. Załapałam się na kilka takich pustych lotów. Nagrodą za testy, były dodatkowe miejsca w samolotach. Taki był przelot z Amsterdamu do Quito w Ekwadorze. Podobnie sprawa wyglądała na powrocie. Pustkami świecił lot z Ugandy, a nawet krótkie połączenia do Rzymu. Ponieważ staraliśmy się jako biuro korzystać z każdego nowootwartego kraju i czekaliśmy z utęsknieniem na dobre wiadomości o końcu zamkniętych granic, byliśmy świadkami pustek na lotniskach. Na tablicach z rozkładem lotów było zaledwie po kilka pozycji na wyświetlaczach. W miejscach przesiadkowych po kilku pasażerów.
Dzisiaj lecimy do Indii
Nasz pierwszy krótki lot z Poznania do Kopenhagi wczesnym porankiem miał kilka miejsc wolnych. Drugi długi lot to przelot z Kopenhagi do Dubaju. Linie Emirates podstawiły regularną maszynę. Już w Poznaniu pan przy odprawie informuje nas, że lot bardzo skromnie obłożony. Przychodzi mi na myśl pytanie o dopłatę do klasy biznes, czasem takie sytuacje stwarzają okazje, a przelot w biznesie byłby miłą niespodzianką dla dzieciaków. Niestety Poznań nic nie może, bo to przelot łączony. Ponawiam to pytanie w Kopenhadze już przy odprawie linii Emirates. Mimo słabego obłożenia, ze względu na wojnę, cena wysoka, dopłata to 600 USD do biletu, który i tak do tanich nie należał, a który kupiłam na trzy tygodnie przed wylotem po tym, jak Qatar Airways odwołał nasz dawno wyczekiwany i kupiony w super cenach przelot. Rezygnuję, za to pocieszeniem są miejsca leżące w klasie ekonomicznej, rzeczywiście niewielu pasażerów wybrało akurat to połączenie i każdy z nas pośpi sobie, zajmując wygodnie po trzy fotele. Taka namiastka biznesu, jeśli chodzi o pozycję do spania. Dodam, że lot z Dubaju do Cochin dokąd lecimy niemal pełen, czyli nie ma reguł, dlaczego akurat to połączenie jest tak słabo obłożone.
Irian Jaya – nie polecisz
Niestety nie zawsze niespodzianki podczas lotów są tak pozytywne, zdarzyła mi się sytuacja zupełnie odmienna: Irian Jaya, czyli kierunek bardzo egzotyczny i dziki, tym bardziej że byłam tam osiemnaście lat temu. Przelot ze stolicy do środka dżungli. A potem jeszcze głębiej. Samolociki, do których podczas boardingu poza skromnym bagażem do 10 kg ważony jest także sam pasażer, poza kilkoma dosłownie miejscami dla pasażerów lecą z nami artykuły spożywcze, przemysłowe, mamy też wielkie klatki z żywymi kurami i kaczkami. Idę na lotnisko o ustalonej porze, podaję swój paszport, a pani informuje mnie, że nie ma mnie na liście pasażerów. Informacja wydaje mi się tak niewiarygodna, że w ogóle się nią nie przejmuję, będąc pewną, że to tylko pomyłka. Przecież trzymam bilet w ręce, zgadza się data, godzina, miejsce, nie ma mowy o pomyłce. Pani jednak swoje. I wiecie co? Nie poleciałam. Okazało się, że linia zmieniła maszynę na przelocie, z 12 miejsc dla pasażerów zostało tylko 8 i 4 z nas z biletami została bez miejsc w samolocie. Cóż było robić. Musiałam poczekać na kolejną szansę przelotu za… 3 dni. Ostatecznie się udało, ale uczucie, kiedy dowiadujesz się, że nici z Twoich planów wredne.
Lot z Ministrem
Są i takie kraje, gdzie mimo biletów i potwierdzonej odprawy możesz zostać pominięty przy boardingu, bo nagle kilka miejsc w samolocie musi zostać przekazanych dla VIP-ów czy przedstawicieli rządu albo innych ważnych osobistości. Tak zdarzyło mi się podczas przelotu czarterowego na Sokotrę. Lot wykupiony z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Opłacony, bilety wydrukowane, wizy wjazdowe także, cała skomplikowana operacja połączenia lotów rejsowych z czarterem i noclegiem w Abu Dhabi za mną. Aż tu nagle na lotnisku informacja, że niestety, ale kilkanaście miejsc w samolocie zostało przekazanych dla rządu Jemenu i osoby siedzące w rzędach od 1 do 7 zmuszone są pozostać na lotnisku w Abu Dhabi. Byłam wśród nich i ja. Co za uczucie, kiedy cały plan w minutę wali się jak domek z kart. Najpierw była chwila rozpaczy i czarnych myśli, ale po minutach kilku zebrałam myśli i udałam się do agenta wystawiającego mi bilety. Zaczęłam długi proces urabiania pana, dociekania, czy na pewno nic nie da się zrobić, kolejny lot dopiero za tydzień, wszystkie wykupione świadczenia musiałyby przepaść. I nie uwierzycie… poleciałam. W towarzystwie ważnego Ministra Spraw Wewnętrznych, który przez niemal całe dwie godziny gawędził ze mną i innymi turystami o Jemenie i nie tylko. Ufff.
Strajki
Nie lubię strajków, a kilka ich już przeżyłam. Bo to sytuacja zupełnie nieprzewidywalna. Niby nic się nie dzieje, sytuacja stabilna, aż tu nagle przychodzi – kiedyś informacja dopiero na lotnisku, teraz wcześniej mailowa lub smsowa o przerwie w ruchu akurat tego dnia, na kiedy zaplanowany jest mój lot. I co tu robić. Tak utknęłam w Stanach na Florydzie, całą dobę spędziłam na własny koszt w Orlando. Po 24 godzinach wróciłam do kraju. Podobna sytuacja zaskoczyła mnie w Rio de Janeiro. Mimo początkowego stresu ze znalezieniem innego lotu i noclegu zyskany czas wykorzystałam oczywiście na zwiedzanie miast. Niestety w Monachium spędziłam noc na lotnisku, bo sytuacja była zupełnie niekontrolowana i nikt nie wiedział, jak i kiedy ruch lotniczy zostanie przywrócony. Pół biedy, kiedy opóźni się powrót do kraju, ale nienawidzę sytuacji, kiedy opóźnia się start, bo wtedy tracę cenny czas za granicą przeznaczony na zwiedzanie.
Im więcej lotów tym więcej przygód, a i tak uwielbiam latać.
