Tydzień pełen wrażeń
Spędziliśmy na wyspie dopiero co cały tydzień. To oczywiście niezbyt długo, ale już daje poczucie turyście, że coś o wyspie wie i że całkiem dobrze ją sobie obejrzał, tym bardziej że codziennie podróżowaliśmy po niej, objeżdżając każdy zakątek.
Zasiedliśmy do stołu i zebrałam opinie całej rodziny. Szukałam rzeczy, atrakcji, spostrzeżeń niespodzianek, czegoś, co nas zaskoczyło,
I proszę, mamy kilka perełek:
Zaskoczenia i ciekawostki
- wjeżdżamy na Martynikę jak do siebie, nawet z dowodem osobistym, i dzwonimy jak w Poznaniu, roaming działa jak w Unii Europejskiej, opłaty takie same jak w domu,
- na pewno niespodzianką okazały się drogi, wąskie i bardzo strome, gdzieniegdzie podjazdy niemal pionowe, nieoczywiste rozwiązania, bardzo ostre zakręty, sporo serpentyn, stan dróg ogólnie dobry i bardzo dobry, dojechaliśmy wszędzie, nawet w najdziksze miejsca,
- puste plaże, wiemy, że podróżujemy w niskim sezonie, bo widzimy brak turystów, nie ma tu zaplecza busów, busików, grup zorganizowanych, typowych dla turystów szlaków na wyspie, dla nas czas idealny
Kuchnia – plusy i minusy
- jedzenie: nie wypadła tu wyspa najlepiej, nawet w wybranych polecanych restauracjach zawsze ten sam skład: ryba najczęściej tuńczyk, żeberka, burger, frytki, czasami kurczak. Większość dań smażonych w głębokim tłuszczu. Ot takie jedzenie plażowo, barowe. No i niestety drogo.
- pyszne wypieki i bagietki, to nas ratowało, kuchnia oczywiście francuska, czyli rogaliki, zawijasy z rodzynkami, cynamonem, czekoladą, chleba jak u nas brak za to bagietki przednie,
- słabo z angielskim, nawet w miejscach turystycznych mocny francuski, daliśmy sobie radę, bo ludzie chcący się porozumieć i zrozumieć nas
- brak dobrej kawy, w niewielu miejscach można było ją kupić, a jak już się pojawiała to często tylko espresso albo espresso doble i tyle,
- Zosia zgłasza brak soli w daniach, nagminnie dosalała swoje potrawy,






Martynika w kolorach i zapachach
- zieleń nas zaczarowała, wszędzie bujna, soczysta, głęboka, brak jakichkolwiek zwierzaków dużych, nie spotkaliśmy insektów, węży, pająków – to na plus oczywiście
- komfortowe okazało się płacenie kartą wszędzie i zawsze, nawet w najmniejszych miejscach,
- mnie bardzo zaskoczyły cmentarze, które przypominały osiedla małych białych domków, grobowce rodzinne ułożone wzdłuż wąskich uliczek,
- ludzie bardzo kolorowi, wymyślne bujne fryzury, warkoczyki, dredy, ubrani w kolorowe sukienki, szorty, koszulki,
- zasadniczo czysto wszędzie, brak tu wyspiarskiego bałaganu, jaki znamy z innych miejsc









Ryby? Gdzie?
- szukaliśmy ryb owoców morza, nadaremnie, to była też niespodzianka, krewetki zamówiliśmy dwukrotnie zawsze mrożone, ryba zazwyczaj w postaci steka, a fish and chips to raczej małe pulpeciki, za to w sklepach zobaczyliśmy i odkryliśmy może tę tajemnicę, sklepów jest niewiele i nie są wcale blisko, z jednego hotelu mieliśmy do najbliższego marketu 8 km, a z drugiego aż 15, największą część sklepu zajmują wielkie lodówki i zamrażarki, a w nich gigantyczne opakowania głęboko mrożonych kurczaków, mięsa, ryb, owoców morza
Rytm wyspy
- sjesta, je się tutaj w porze lunchu, czyli 12:30–14:30, potem wszystko zamiera i otwiera się dopiero ok. 19:00, raz wybraliśmy się trasę z nadzieją na śniadanie po drodze, miałam sprawdzone dwa miejsca, po przybyciu na miejsce okazało się, że jedna z restauracji jest zamknięta akurat w czwartek, choć na stronie o tym ani słowa nie było, a druga też jest zamknięta i nikt nie wie dlaczego,
- zgrzeszyliśmy raz, w akcie desperacji poszliśmy na śniadanie do Mc Donalda, bo nie było wyjścia, dzieciaki wybrały sobie jakiś zestaw, my zakupiliśmy pieczywo i kanapki w piekarni obok, ale spragnieni dobrej kawy wróciliśmy do Mc Donalda na kawę. W automatach pod hasłem napoje kawy brak, jako to? Zapytaliśmy panią w kasie, potwierdziła, że w Mc Donaldzie kawy nie ma, może nam zrobić naparstek czarnej espresso. Piliśmy jak dzicy,
Przygody muzealne i nie tylko
- ciekawą historię mieliśmy w Muzeum Gaugaina, muzeum otwarte do 17:00, małe, kameralne, niewielu miejscowych wiedziało, gdzie ono jest, dotarliśmy tam o 16:35 i natknęliśmy się na zamknięte drzwi, wyszła do nas jednak pani, drzwi nam otworzyła i całą sobą wypełniła je, broniąc muzeum przed naszym wtargnięciem. Mimo naszej konkretnej woli zwiedzenia muzeum do 17:00 wyjaśniła, że ma swoje prywatne plany i dzisiaj musi wyjść o 17:00 a muzeum składa się z ekspozycji kopii malowideł Gaugaina, pokoju multimedialnego i sklepiku i na pewno nie zdążymy do 17:00, a Ona musi wyjść, bo ma swoje sprawy i … odprawiła nas z kwitkiem, wejście dla całej ekipy to bagatela 42 EUR.
- równie dziwną historię mieliśmy w destylarni rumu i to najlepszej na wyspie Clement, dotarliśmy tam w piątek (to ważne) o 17:30, piękna posiadłość, niebywale zadbane ogrody, cudnie, weszliśmy do kasy, pani pokiwała nad nami głową, informując, że zwiedzenie destylarni zajmuje około 1,5–2 godzin i że nie zdążymy dzisiaj. Przy wejściu spotkaliśmy pana, który całkiem dobrze mówił po angielsku, opowiedział nam o zwiedzaniu nocnym, które startuje o 18:15, my zrozumieliśmy, że codziennie, Basia, że w niedzielę także, jakkolwiek, mieliśmy plan na powrót w przeddzień naszego wyjazdu z Martyniki. Wiedzieliśmy już, że zwiedzanie jest tylko po francusku, ale jest audioguide po angielsku. Dziwne, w takim miejscu tylko po francusku?
Wróciliśmy odstrojeni w niedzielę, dzieciaki zostały w domku, dorośli wybrali się sami na zwiedzanie destylarni. Pani w kasie mało nie zemdlała kiedy poprosiliśmy o bilety na zwiedzanie miejsca o 17:45, francuskim tłumaczyła nam, że koniec, że zamknięte i już, my twardo, że my wiemy, ale nas interesuje zwiedzanie nocne. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że ten miniony piątek to była dla nas szczęśliwy dzień, bo zwiedzanie nocne odbywa się tylko raz w miesiącu, zawsze w pierwszy piątek, a potem kolejny miesiąc czekania, że nic nie zobaczymy dzisiaj, bo czasu brak i że najlepiej wrócić jutro rano. Pocieszyliśmy się naleśnikami z nutellą w pobliskim barze.


Subiektywne smaczki i lokalne polecenia
- miejscowi kilkukrotnie wysyłali nas do swoich ulubionych restauracji, hmmm, nie jedlibyście tam na pewno, wspominam tutaj o nich, bo jedną z nich była restauracja polecana w destylarni rumu, dotarliśmy tam, krótko mówiąc: speluna. Taka filmowa, ze stolikami porozrzucanymi po sali, plastikowymi krzesłami, małą sceną do występów karaoke, przypalonym grillem – zjedliśmy obok w cukierni/kawiarni.
Podsumowanie: warto wracać
Jak czytacie, było kilka niespodzianek na trasie, ale wszyscy jesteśmy zgodni, że to jak dotąd jedna z najpiękniejszych wysp, jakie odwiedziliśmy. Olek zadeklarował nawet, że chętnie by tu wrócił, ja się podpinam pod tę deklarację. Dla tej zieleni, plaż, przyrody, atmosfery luzu i wyciszenia warto wracać na Martynikę.

