Mieć czy zjeść?

Mango z Ugandy

Przewrotne pytanie na dzisiaj. Natchnęła mnie sytuacja z Ugandy sprzed kilku dni. Ostatniego dnia podczas zakupów pamiątek Małgosia szukała pysznego awokado i soczystego mango, by zakupić po jednym owocu i zabrać je do Polski. Było z tym trochę zachodu, bo owoce na sztuki, to raczej rzadkość w Afryce. Poza tym brak gotówki. Pani nie chciała przyjąć dolarów, wymiana w banku małych nominałów, z pewnością były to owoce zakupione z długą historią.

Oby smakowały tak samo wybornie jak na miejscu. I właśnie o tym słów kilka. Będąc w wielu miejscach na całym świecie, wielu z nas ulega pokusie zakupów spożywczych.

Alkohole ze świata

Wśród towarów najczęściej wybieranych są wszelkiego rodzaju alkohole, od likierów z bardzo oryginalnych owoców czy miejsc, po rum, bo takiego jak na Seszelach czy na Kubie nie ma przecież gdzie indziej. We Włoszech kupuje się hurtowo limoncello czy amaretto albo gęste nalewki kawowe. Z Wenezueli wielu z nas, zatroskanych o odpowiednie owijki w walizkach, ciągnęło nalewki z kakao i likiery czekoladowe. Win wozimy już coraz mniej, choć podczas wizyt w winnicach i porównaniu cen tych samych win dostępnych w Polsce, a chodzi o najlepsze i najdroższe butelki, wielu kusi się na zakupy i tak.

Przyznajcie się, kto choćby raz nie kupował takich zdobyczy na krańcu świata? A teraz zupełnie szczerze pomyślcie, czy alkohole te zostały przez Was wypite, czy nadal zalegają na półkach w Waszych spiżarniach czy szafkach? I teraz na koniec kluczowe pytanie: czy nie mieliście wrażenia, że to samo limoncello pite z widokiem na błękitną wodę oblewającą Capri, czy dzielone z innymi uczestnikami wyjazdu podczas smacznych opowieści właściciela jednej z najlepszych restauracji w Neapolu nie smakują inaczej? Wyjątkowo? Znacie to uczucie, że napoje, koktajle, alkohole, a nawet wino pite w odpowiedniej scenerii smakują zupełnie inaczej, zawsze lepiej? Że nie da się tego, co tworzy ten klimat dookoła zabrać ze sobą do Polski?

I choć może alkohol, czy napój ten sam, to potem w innym miejscu, bez okazji, nie oddają już tego ducha. Przypomniała mi się Inca Cola, którą po raz pierwszy odkryłam w Peru. Co to była za radość, butelka limonkowego napoju, przyniesiona przez kelnera na tacy w Kanionie Colca, była niczym najdroższy eliksir. Nikt z nas nie skupił się na walorach smakowych, które do wyjątkowych nie należą, a na pewno w żaden sposób nie przypominają coli. Ten sam napój przywieziony do Polski dla moich dzieci nie znalazł w ich oczach w ogóle żadnego uznania, co gorsze wcale nie wzbudził zainteresowania.

Światowe przyprawy

Podobnie jest z przyprawami, dla potrzeb tego wpisu otworzyłam swoją szufladę w kuchni. Czego ja tu nie mam?! Płatki chilli z Uzbekistanu, mieszanka masala z Indii, kora cynamonu ze Sri Lanki, wyjątkowa kurkuma z Pakistanu, nawet szafran z Iranu… oczywiście 20 lasek grubiutkiej wanilii prosto z Ugandy. Uwielbiam gotować i gotuję często, i przy zakupie każdej z tych egzotycznych przypraw miałam plan na konkretne dania, taaak. Trochę czasu upłynęło, przyprawy czekają na swój czas, a przede mną kolejne wyjazdy i kolejne okazje do zakupów.

Mam więcej takich kwiatków: kawa z kardamonem z Egiptu, kakao z Wenezueli, pasta waniliowa z Mauritiusa, miód z Sokotry. Chałwę mogę odsprzedawać w ilościach hurtowych, zwożę ją z każdego arabskiego kraju, a ostatnio nawet znalazłam słonecznikową w Uzbekistanie.

Szczerze przyznać się, co takiego zalega w Waszych szafkach? Kto przywiózł herbatę? To ulubione zakupy naszych grup w Indiach albo na Sri Lance. Nie ważne są limity, każdy kupuje jej po kilka, kilkanaście torebek. Wanilia to oczywiście kolejny taki pożądany produkt, na Madagaskarze albo w Ugandzie można zrobić super zakupy. Wcale nie są tanie, za to jakość nieporównywalna z laskami nabywanymi w Polsce.

O! Kawa, ileż ja widziałam scen w palarniach kawy, choćby w Egipcie, gdzie zamawialiśmy kawę w ziarnach i kawę mieloną, z kardamonem i bez, nie do spróbowania, ale po kilka, kilkanaście paczuszek. Etiopia tu też ma sporo do zaoferowania.

Zanzibar, Sri Lanka, Indie Południowe… te dla mnie pachną kardamonem, cynamonem, gałką muszkatołową, wprost od plantatorów, najlepsza jakość, cudne zapasy na kilka miesięcy…

A mam jeszcze sól z Peru, prosto z solniska ze Świętej Doliny Inków, kupiłam aż trzy różne woreczki: z lawą, z ziołami andyjskimi i z różowym pieprzem. Leżą i czekają na swój  czas.

Trochę miodu też odkryłam, z Sokotry, z Jemenu lądowego, mam coś z Egiptu i z Etiopii. Wydawało mi się, że już dawno go zużyłam.

Często odkrywam z wielkim zdziwieniem, że te wszystkie wyszperane na krańcach świata produkty nabyć można już także u nas.

Kosmetyki z Korei

Tak było wprawdzie nie z artykułami spożywczymi, ale z kosmetykami. Jechałam do Korei z listą nazw kosmetyków i maseczek, które powinnam koniecznie nabyć i przywieźć do Polski. Znalazłam bez trudu wskazany sklep. Nie trudno było, przed wejściem ciągnął się sznureczek innych osób w amoku zakupowym. Realizowałam listę krok po kroku, odliczono mi VAT, zakupy bardzo udane. Jeszcze w hotelu posegregowałam na poszczególne torebki zgodnie z zamówieniem osób zgłaszających zapotrzebowanie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie do kraju w jednej ze znanych naszych drogerii weszłam i od progu przywitał mnie stojak z tymi samymi produktami co w Korei i w cenie lepszej niż moja nawet bez podatku. Było mi nawet chyba trochę smutno.

Zakupy to część wakacji

I co z tego, że wiele z tych produktów dostępnych jest u nas, a przez internet można je pewnie zamówić wszystkie. Absolutnie rozumiem przyjemność robienia zakupów na wyjazdach, bo to także część wakacji. W wielu miejscach na świecie muszę się nieźle natrudzić, żeby nie wracać do domu z pustymi rękami. Wiadomo, że domownicy czekają na symboliczne podarki z podróży.

Zatem nie należy myśleć zbyt długo, tylko kupować, ale dla porządku przejrzę moje zapasy w szafkach i w spiżarni. Obawiam się, że materiał na kolejny długi wpis na bloga jak znalazł…