Babcia miała rację

Kto drogi prostuje ten w domu nie nocuje

Niestety, szkoda, że to takie prawdziwe. Tym bardziej że dotyczy nas samych. I to z trójką dzieci podczas wyjazdu do Egiptu. A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Znajomy kierowca, mieszkaniec Kairu, co ważne, od lat co najmniej 60. I jego kolega, też mieszkaniec Kairu od lat 55, obaj mi już znani i lubiani. Dzisiaj zostali wydelegowani do opieki nad nami w drodze do piramid i z powrotem.

Bez przewodnika ani rusz

Niestety to nie jest rzadkość, że osoby pracujące w turystyce będące kierowcą lub opiekunem grup czy turystów tzw. travel escort mało się na zwiedzaniu znają. Jak to działa? Otóż muszą mieć jeszcze do kompletu przewodnika lokalnego, który zadba o to, by wskazać dokąd jechać, gdzie skręcić a na miejscu zabierze dociekliwego turystę czy grupę i oprowadzi po zabytku. Co w tym czasie robi kierowca autobusu, samochodu? A to zależy, jeśli pora jest nie na jedzenie, to najczęściej po wyjściu ekipy z samochodu przetrze szybkę, wytrzepie wycieraczki, wyrzuci śmieci — to odnosi się tylko do porządnych kierowców, inni wrócą na swoje miejsce, odchylą sobie siedzenie, wyłączą silnik i bez względu na temperaturę na zewnątrz zasną. To nie żart, sprawdzone w wielu krajach: Egipt, Indie, Chiny, Maroko itd. Inaczej jest, jeśli czas zwiedzania przypada w porze lunchu czy kolacji, wtedy kierowca szybciutko zamknie drzwi autobusu i zniknie w jednym z lokali dla kierowców i przewodników, gdzie akurat wydawane jest darmowe jedzenie.

To często takie zakamarki, żeby specjalnie kierowcy lub przewodnika nie można było znaleźć. Przećwiczyłam to wielokrotnie, kiedy musiałam wrócić po coś do autobusu. Jak kamień w wodę. Jedzenie to świętość.

Travel escort = duże zamieszanie

Travel escort: to funkcja i zawód bardzo popularny w krajach, gdzie sporo jest kontroli policji turystycznej, wojska, gdzie stale trzeba pokazywać listy, uzupełniać druczki, wypełniać formularze, płacić bakszysz (napiwki) na prawo i lewo. Jak to możliwe, że travel escort nie wie nic o zabytkach? To nie jego działka, a prywatnie nie czuje potrzeby by choć raz wejść bliżej piramid, bo po co? Cytuję: widać je też zza płotu. Muzeum? Zaczyna się i kończy w kantorku, gdzie przesiadują wszyscy opiekunowie grup, tu się pije kawkę i herbatkę, pali papierosy i gada najzwyklej w świecie. I uwierzycie, że przez 55 lat mieszkając w Kairze można nie chcieć zobaczyć Maski Tutenchamona albo nie wejść do Wielkiej Piramidy Cheopsa — otóż bez względu jak bardzo absurdalnie to brzmi — tak bywa.

Zgubić się w drodze do piramid

I teraz może Wam łatwiej zrozumieć, dlaczego nasz duet kompletnie pogubił drogę do piramid. Po pierwsze bali się, że będą korki na trasie prostej jak drut łączącej Gizę i centrum miasta gdzie mieszkamy, a wystarczyło tylko wjechać na dwupasmową trasę i jechać przed siebie. Ale gdzie dwie głowy tam pięć pomysłów, zatem od samego początku zamiast prosto przed siebie, zawijasami i zyg zakiem kluczyliśmy po małych i wąskich uliczkach pomiędzy kolejnymi dzielnicami by i tak dotrzeć do Miasta Umarłych i stamtąd ruszyć dalej. Na powrocie nie było wcale lepiej. Kair stoi zawsze w tych samych porach. Wie to każdy, nawet niemieszkaniec stolicy Egiptu. Ale nasi panowie byli przekonani, że dzisiaj będzie inaczej i dlatego wpakowali się w klaustrofobiczny korek wierząc zaiste w cud.

Nie ufaj mapom

Zdarza się zgubić drogę, zdarza się przejechać zjazd, choć dla kogoś, kto od 30 lat wozi w te same miejsca turystów to jednak nie powinno być takie oczywiste, ale są mapy, telefony, GPS-y i inne cuda techniki. I co się okazuje, że mapę mam ja, wgraną w telefonie w trybie offline śmiga jak szalona i pokazuje dokładnie dokąd jechać i gdzie skręcić, ale tu pojawia się kolejny problem, bo nasi panowie są mądrzejsi niż moja mapa i wiedzą swoje. I dlatego z 5 kilometrów do przejechania po ich manewrach robi się 8, a potem z 7 do przejechania i nagłym zakręcie na estakadzie mamy już znowu 12 kilometrów przed nami. Absurd, niewytłumaczalna sytuacja.

Zwiedzać na głodniaka

Dodaję, że ostatnim naszym posiłkiem było śniadanie o 9:30. A pamiętacie, że podróżujemy z trójką dzieci, z czego Zosia na słoiczkach. Oczywiście jako przezorna Mama zabrałam ciasteczka, jabłka, banany, nawet mandarynki z pestkami zjedliśmy, ale kiszki nam marsza grają. A nasi panowie, doświadczeni w pracy z turystami jakoś wydają się zdziwieni, kiedy staramy
się im problem naszego poirytowania naświetlić. Piękne jest to, że jak dzieci zrzucają jeden na drugiego odpowiedzialność. Siedzą obaj z przodu, gadają i to głośno non stop a teraz wydają się jeszcze oburzeni, że my jednak nie damy się tak wozić po Kairze w nieskończoność i mamy dość ich zagubienia.

Koniecznie na skróty

Skróty? Już moja Babcia dawno temu powtarzała przysłowie: kto drogi prostuje ten w domu nie nocuje, a nasi Koledzy wydaje się, że na siłę chcą dać przykład, że tak nie jest.

A i jeszcze kwestia napiwków, nazywanych tutaj w Egipcie bakszyszem. Wymyśliłam piramidę w Majdum, bo ją lubię, bo jest tam zawsze mniej ludzi niż w Gizie, a dzisiaj to nawet nie było nikogo. Panowie znali nasz plan od wczoraj. Poprosili mnie o uszykowania pliku banknotów. Policja, bo tu siedzi i nie ma nic do roboty, musi coś dostać, dokładnie zostaję poinstruowana, że patroli jest kilka, każdy po tyle a tyle. Potem oczywiście samozwańczy przewodnik po piramidach, nawet jeśli nie chcę, żeby nas oprowadzał, albo właśnie dlatego, że nie chcę też odliczona kwota. Mamy jeszcze pana z kluczem od mastaby, pana od otwierania toalety (notabene tak brudnej, że muszę mocno walczyć z sobą by wpuścić tam dzieciaki) i tak dalej. I nagle zamiast prywatnego opiekuna mam w osobie travel escorta kasjera, który zamiast dbać o mnie, dba, ale o swoich. Zupełne pomieszanie z poplątaniem.

Nie zdziwcie się jeszcze, kiedy na koniec tego show z dzieleniem pieniędzy wyjmie on ze swojego portfela demonstracyjnie przed nosem policjanta 5 funtów (jakieś 90 groszy) i wręczy pokazowo by zrobić na nich wrażenie takiego dobrego a z nas skąpych turystów.

Z potrzeby serca

Maciej przez chwilę nawet łudził się, że nasi opiekunowie z potrzeby serca i sentymentu zgłosili się na ochotnika do pracy z nami tym razem i że na pewno nie oczekują od nas podziękowań i płacy za swoją pracę. Po dzisiejszych przygodach nie ma już wątpliwości, że przyjaźń przyjaźnią, sentymenty jednak na bok i liczy się pieniądz.

A jeszcze muszę dodać, że mój opiekun nie raz i nie dwa podpytywał mnie czy oby na pewno dostarczyłam Rodzinie szczegółowych objaśnień o każdym zabytku? Bo jakoś tak szybko ich wypuściłam z samochodu na zwiedzanie. Koń by się uśmiał.

Znamy i polecamy

A restauracje? Zapytałam o trzy kolejne z mojej karteczki z zapiskami, pierwszej nie znali, drugiej nie kojarzyli, trzecia? -nie, na pewno nie w Kairze. Cóż, okazało się, że wszystkie trzy mieszczą się jakieś sto metrów od ich biura. Ale po co wiedzieć, skora jadają od 30 lat w tych samych miejscach i nie mają potrzeby by coś zmienić.

Bardzo się nam też podobało wtrącenie o zaangażowaniu rządu w budowę dróg, bo tak naprawdę to spóźniliśmy się na show i kolację przez rząd, który nic nie robi, dróg nie buduje, dziur nie lepi. Miód malina, mamy winnego.

Jest nadzieja

Na szczęście, nie zawsze trafiamy aż na tak nieudany duet. Zazwyczaj bywa lepiej, tym razem nastąpiła kulminacja zdarzeń, ale wcale nie tak rzadko przynajmniej jedna albie dwie z opisanych przypadłości trafiają się nam na trasach całego świata.

CZYTAJ JESZCZE:

Aleksander podbija Egipt

Zagłaskać kotka na śmierć…


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *