Zagłaskać kotka na śmierć…

dnia

Propozycja nie do odrzucenia

Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się w podróżach doświadczyć nadmiernej troski ze strony tubylców. Ot choćby przykład sprzed kilku dni i Sri Lanka.

Dwie Panie podróżujące wraz z kierowcą będącym też lokalnym opiekunem zwiedzają Sri Lankę, przemieszczają się codziennie w inne miejsce, mają na trasie czterodniowej cztery różne hotele. Przygotowując rezerwacje za każdym razem zaznaczałam wyraźnie, że potrzebujemy pokój z dwoma łóżkami pojedynczymi, czyli tzw. twin. Na dowód potwierdzenia przyjęcia zgłoszenia dostałam każdorazowo eleganckie vouchery, na których poza datą i godzinami check in i check out pod nazwą każdego z tych hoteli jest wyszczególniony właśnie taki pokój twin.

I co się okazuje na miejscu? Że w hotelu pierwszym zadziałało wszystko bez zarzutu, ale już w drugim położono panie w jednym łóżku i nie było żadnych alternatyw i możliwości zmian. A w trzecim dano paniom pokój z jednym wielkim łóżkiem i jednym maleńkim wciśniętym pomiędzy to wielkie łoże a ścianę blokując tym samym dostęp do wielkiego łóżka z jednej strony a do małego trzeba było wchodzić od węższego boku.

Tego było już za wiele dla pań, poinformowały mnie, ja skontaktowałam się z recepcją i co usłyszałam w zdziwionym głosie pana recepcjonisty? „ Ależ my podnieśliśmy standard pokoju dla Pań gratis względem zamówienia, w pokoju który miały mieć są tylko dwa pojedyncze łóżka, a w tym, który im daliśmy jest jedno wielkie łóżko i jedno małe, przynajmniej jedna z pań będzie miała wygodnie”. Kurtyna.

Nie ma jak basen w pokoju

Kolejny przykład z tej samej serii to też podmiana pokoju rodzinnego składającego się z dwóch łączonych ze sobą pokoi, tak były wyszukane, zamówione, bo dzieci małe, bo wygodniej kiedy one pójdą spać my możemy jeszcze sobie porozmawiać, poczytać bez obawy, że będziemy sobie wzajemnie przeszkadzać.

Docieramy na miejsce wieczorem, szczyt sezonu, w recepcji wszyscy nas witają, a to kolorowy drink powitalny, a to naszyjniki z kwiatków, z wielką pompą otwierają kolejne drzwi prowadząc nas przez długie korytarze by na końcu z wielką dumą i zaciekawieniem w oczach otwierając drzwi naszego pokoju zobaczyć nasz zachwyt a tu się okazuje, że mamy pokój dwupoziomowy z kręconymi schodami bez pełnej poręczy i pięknym małym basenikiem w środku…

A  zamiana i powrót do pokoju zamówionego pierwotnie jest niemożliwa, i tak spokojny urlop zamienia się w koszmar pilnowania dzieci by nie pełzały po schodach i nie wpadły do basenu…

Pobudka przed czasem?

O i jeszcze jeden przykład: budzenie w hotelach. W wielu krajach np. w Indonezji, Egipcie, Maroko zdarza się kiedy jestem w tamtejszych hotelach z grupami, że recepcja dzwoni mimo braku zamówienia by obudzić turystów.

Kiedyś kiedy nie było budzików w telefonach, był to zwyczaj często praktykowany szczególnie na objazdówkach, kiedy to nierzadko wstaje się jeszcze przed świtem by zdążyć na konkretne atrakcje. Obecnie prawie nigdy nie zamawia się budzenia w recepcji bo każdy ma swój telefon i rozchodzi się to po kościach.

Ale nie w Maroko, kiedy podczas ostatniego pobytu z grupą pan z recepcji zadzwonił do mnie już o 4:45 by mnie uprzedzić, że o 5:00 będzie dzwonił do całej grupy by ją obudzić na 6:00. Myślałam, wyrwana ze snu i spanikowana, że właśnie zaspałam, albo coś się komuś stało, że nie rozumiem co Pan do mnie mówi, ale on naprawdę miał taki chytry plan, żeby obudzić grupę na 6:00 o 5:00.

Wszystko dla wygody

Może być też niedźwiedzia przysługa na przykład w autobusie, tak mieliśmy w Indiach Północnych. Zwyczajowo poza kierowcą jeździ zawsze z grupą także pomocnik, który marzy by kiedyś móc zostać kierowcą ale póki co jest do czarnej roboty. Autobus ma zazwyczaj budę, w której siedzi tylko kierowca a reszta pasażerów za szybą. I kiedy tylko przystajemy i drzwi się otwierają jeszcze w pędzie wyskakuje pomocnik i wynosi ze sobą schodek, może być też skrzynka, albo nawet gruby karton i podkłada pod drzwi by się nam łatwiej i wygodniej z autobusu wychodziło.

Miłe to i pomocne pod warunkiem, że mamy czas, a w Indiach często należy wysiadać szybko, bo skrzyżowanie, bo zatłoczony parking, bo jesteśmy spóźnieni a tu już zamykają wejście do kolejnej świątyni, albo muzeum, i co wtedy? Otóż nic trzeba przebierając nogami odczekać co swoje bo rytuał dogadzania klientowi musi trwać. Show must go on.

Konwalie na wakacjach

Mamy jeszcze uprzejmych kierowców, takiego mieliśmy na Sri lance, który namiętnie dbał o przesadną czystość w naszym autku, nie tylko sprzątał je wprowadzając nas w osłupienie, kiedy omiatał swoją miotełką nasze buty i klapki (też) przed wejściem do samochodu ale spryskiwał jakże konwaliowym sprayem wnętrze tego auta i to za każdym wejściem i wyjściem. Konwalie na Sri lance, gdzie upał i wilgotność dawały nam nieźle popalić były uprzykrzeniem wyjazdu.

A już drugiego dnia pan dołączył także płynny styl jazdy bez hamowania na zakrętach za to zamaszyście manewrował na drodze, na efekty po śniadaniu nie trzeba było długo czekać. Niestety. Choroba lokomocyjna gwarantowana po kilku kilometrach.

Odsuwamy, gładzimy, opowiadamy…

Przypomniał mi się jeszcze magiczny hotel nad rzeką Zambezi w Zambii, dotarliśmy tam na koniec swojej podróży poślubnej, ciemno, po całym dniu drogi i safari byliśmy bardzo głodni. Ponieważ hotel wyglądał na bardzo elegancki wskoczyliśmy szybko do pokoju i pod prysznic ale potem już pędem na kolację.

I tu się dopiero zaczęło. Bufet uginał się od dań słonych i słodkich, ciepłych i zimnych, przyrządzanych na miejscu i serwowanych w kocherach, wybór był niesamowity. I kiedy nam ślinka ciekła już po brodzie nastąpiła prezentacja najpierw kierownika sali, który oprowadził nas po wszystkich stołach z jedzeniem, następnie kiedy mieliśmy już ochotę chwycić za talerz i nałożyć sobie pierwsze kęsy jedzenia pojawił się pan kelner, który zaprowadził nas do stolika. Oczywiście nie tylko go nam wskazał ale zapraszającym gestem odsunął krzesła zapraszając by usiąść i kiedy my myśleliśmy, że to koniec uprzejmości chwycił za serwetkę i rozłożył ją nam na kolanach wygładzając dwukrotnie.

Tylko co tu jeść, skoro wszystko zostało w bufecie za naszymi plecami? I kiedy już prawie byliśmy bliscy rozstania z kelnerem przyszła pani od win, i znowu gładka formułka i wstęp do karty win. Ależ to długo trwało, wreszcie udało się nam Jej pozbyć ale nasza radość nie trwała zbyt długo bo pojawił się jak spod ziemi pan kelner, który zdjął nam z kolan serwetkę, odsunął krzesło i pozwolił odejść do bufetu gdzie czekał ponownie kierownik sali. Z pełnym talerzem zostaliśmy ponownie powitani przez kelnera i dejavu czyli krzesło, serwetka, wino. I kolejny raz tak samo, i jeszcze raz.

Głodni i zestresowani wróciliśmy do pokoju i… natychmiast rozległo się pukanie do drzwi. Pani pokojówka z czekoladkami na dobranoc. A za nią pan do zasunięcia kotar i włączenia klimatyzacji a na koniec obsługa z restauracji by uzupełnić wodę.

Nie do wiary ale przesadna troska może być uciążliwa szczególnie na wakacjach!

 


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *