Maroko – must see na mapie każdego podróżnika. Rekomendacja subiektywna.

Maroko – jak to jest odkrywać kraj na nowo?

Po 12 dniach pobytu w Maroko czas na podsumowanie. Zapamiętałam go sprzed laty jako zupełnie inny kraj. Nawet zabytki wydają mi się inne po latach.

Rabat i Meknes zmieniły się najmniej. Takie jakimi były kiedyś tak samo prezentują się teraz. Może dlatego, że ani razu nie nocowałam w żadnym z tych miast. Były to tylko miejsca przejazdu na naszej trasie. Zbyt krótko by móc poznać lepiej miasto. Inaczej już i lepiej wypadło Chefchaouen. Nigdy wcześniej tam nie nocowałam.

To co zrobiliśmy teraz planując tam nocleg, było bardzo dobrą decyzją. Udało się nam pospacerować po miasteczku o zachodzie słońca i już po zmroku. Odkryć plątaninę niebieskich domów i wąskich uliczek zatopionych w codziennym gwarze miejscowych i turystów. Widzieliśmy targi z owocami, warzywami, mięsem i rybami, które były z pewnością nastawione na miejscowych, obok nich nie brakowało stanowisk z pamiątkami specjalnie dla turystów. Czarowały nas zapachy wonnych kadzideł, mydełek i szamponów, przypraw i skóry. Obok stali ludzie, którzy sprzedawali małe pęczki mięty, ziół, którzy zakrywali twarz nie chcąc być fotografowanymi. I na koniec ten gwarny główny plac miasta, gdzie po środku rośnie dominujący nad całym plac cedr marokański, a w lutym miał jeszcze lampki zamieniając go w choinkę. To pod nim stali zakapturzeni mężczyźni którzy grali w karty, obok ich koledzy tak samo uroczy, starsi panowie w wełnianych galabijach plotkowali jak podlotki i popijali kawę nos nos. To wreszcie urok małych restauracyjek, z szerokimi oknami na uliczkę, pięknymi marokańskimi zdobieniami i lokalną kuchnią. To miasto na pewno miało swój urok, który nie pozwolił nam nie skorzystać z okazji na spacer także następnego ranka, kiedy to wyludnione uliczki Chefchaouen wyglądały zupełnie inaczej. Puste, idealne do fotografowania, uśpione jeszcze miasto zaczęło budzić się dopiero z wyjściem dzieci do szkoły. I wtedy ten pośpiech małych stóp ubranych tylko w klapki, przy 6 stopniach, i bezszelestnie poruszające się grupki dzieci, które sobie znanym szlakiem zdążały do szkoły na położonej na dole miasta.

To był na pewno bardzo urokliwy punkt programu. Myślę, że latem, kiedy jest cieplej wystarczyłoby znaleźć tutaj nocleg z basenem i wydłużyć pobyt do dwóch noclegów to akurat tyle by móc tym miastem nasycić  pełniej i jeszcze bardziej.

Volubilis – nie zmieniło się w ogóle, mowa tu o ruinach sprzed tysięcy lat. A kiedy trafi się na wspaniałego przewodnika godzinny spacer pośród pozostałości wspaniałego niegdyś miasta jest przyjemnością. Pamiętałam  by nie wylądować tu w samo południe, co jest trudne, bo akurat tak często wynika ta wizyta z trasy zwiedzania, jednak w lutym temperatury nawet w południe nie są dokuczliwe, ty bardziej, kiedy my tęsknimy za wiosną…

Fez miejsce, które zapamiętałam najbardziej z poprzednich wyjazdów nie zawiodło i tym razem. Jednak wracam z mocnym postanowieniem dotarcia do filmów jeszcze na kliszach i wywołania ponownie zdjęć sprzed 14 lat. Tej mediny, którą oglądałam tam wtedy już po prostu nie ma. Unesco oraz władze Maroko dbają o swój największy skarb, który akurat teraz jest mocno restaurowany. Oczywiście w stylu sprzed lat, pięknieją stragany i tradycyjne suki, cudne są rzeźbione daszki i ościeża, ale to już nie to samo. Kiedyś było to oczywiście brudno, wąsko, wilgotno ale czuć było ducha średniowiecznej mediny. Teraz na szczęście udało się nam zobaczyć też część jeszcze przed zmianą i tą będącą w trakcie. Wiemy też, że te zmiany są wręcz niezbędne, bo za chwilę pozostawione sobie samym budynki rozpadną się na dobre i nikt ich nie dźwignie na nowo, takie widzieliśmy, kiedy wybraliśmy się samodzielnie na wycieczkę do mniej znanej garbarni za samozwańczym przewodnikiem. Fez to idealne miejsce na to by dać się ponieść fantazji i zagubić w kontrolowany sposób w medinie. Nielegalnych przewodników ściga teraz policja w cywilu, czyli możecie mieć pewność, że za którymś z zakrętów wejdziecie na pomoc gdyby okazała się potrzebna, kamery w mieście dyskretnie rejestrują ruch turystyczny. Wprawdzie mimo tłumów nadal można poczuć się jak w innym świecie.

Pustynia: ta nie zmieniła się w w ogóle. Na pewno jada się tu dużo lepiej niż kiedyś. Wielbłądy, obozowisko to nowy pomysł jak spędzić na pustyni jedną noc i mieć z tego wielką frajdę. Bo taki nocleg pod gwiazdami nijak nie może równać się z oglądaniem zachodu słońca z tarasu hotelowego. Zresztą te noclegi stylizowane na ksary, kazby, riady, obozowiska to wielka wartość Maroko. Zrezygnujecie z hoteli takich jak wszędzie jest pełno. Prześpijcie się w pokoju, którego ściany lepione są z gliny i słomy i poczujcie jak oddają one ciepło nocą a ranem budzą chłodem.

Wejdźcie do kazby by poczuć klimat rodem z „Gladiatora” czy „Aleksandra” – warto.

Cała trasa 1000 kazb to bardzo malownicza droga, gdzie co kilkaset metrów można stawać na kolejne zdjęcia, których nigdy dość.

Maroko żyje swoim życiem, pokazuje jak wygląda to naprawdę. Nie ma cepeliady, ustawek i skansenów. Tu przede wszystkim liczy się autentyczność. I dlatego warto obcować z ludźmi, i choć czasem ich poglądy będą bardzo różne od naszych, i czasem ich zwyczaje i mentalność wydają się tak bardzo nam obce to warto przynajmniej postarać się przez chwilę popatrzeć na Maroko ich oczami.

I tak docieramy na sam koniec do Marrakeszu. Najbardziej znane miasto w Maroko, planuje się tu nawet wzmocnić siatkę tanich połączeń. Dla nas, którzy oglądali Marrakesz na sam koniec wydawało się nam to miasto zbyt głośne i bardzo zatłoczone. Dla wielu jednak, którzy przylatują tylko tutaj na weekend i nie mają możliwości by zobaczyć większy kawał Maroko jest to na pewno dobra okazja by poznać kraj w pigułce. Znajdą tu wszystko, eleganckie riady, zwykłe hostele. Garkuchnie na Placu Jamal el Fna, eleganckie restauracje z tarasami widokowymi na całe miasto…

Suki, stragany z pamiątkami za 1 EUR a obok butiki i galerie z pachnącymi wnętrzami i eleganckimi torbami eko na zakupy.

Marrakesz trzeba zobaczyć. Pewnie 3 noce to idealny czas, który można wykorzystać na zwiedzanie miasta, okolic i wtopienie się w codzienny tłum na placu. Warto! Polecam!

Casablanka to dyskusyjny temat. Tu znajduje się największe lotnisko i często to jedyna opcja by dotrzeć do Maroko. Ograniczcie pobyt tutaj do minimum. Meczet wystarczy, robi na tyle wielkie wrażenie, że wybroni cała Casablankę. Na próżno szukać tu innych atrakcji, które są po prostu słabe. Plaża nie zmieniła się ani trochę, nadal jest miejscem przypominającym naturalną salę gimnastyczną, ćwiczą tu duzi i mali, na drążkach, na piasku niczym na boisku. Wielka hala sportowa!

Maroko to idealny kraj by wejść w kulturę Afryki w wydaniu arabskim. Pozwoli nam poznać zarówno islam jak i tradycje berberyjskie. Przy dobrym wyborze ugości po królewsku i nakarmi równie dobrze. A poszukującym wygód jak w domu oferuje noclegi w hotelach Ibis, pizzę oraz makaron.

Nie bałabym się pojechać tam także z dziećmi nawet małymi. Dzieci się tu hołubi, lubi, pozwala im na wszystko. Z jedzeniem żadnych problemów, kurczak, frytki, ryż, kuskus, owoce, świeże soki owocowe. Wszystko pod ręką. Większość hoteli ma także baseny, które latem będą atrakcją na pewno nie tylko dla dzieci. Jedynie co należy uwzględnić to przejazdy by nie były zbyt długie i jednocześnie męczące. Warto zobaczyć mniej za to dokładnie z frajdą dla rodziców i dzieci.

Pozostaje mi jeszcze wybrzeże, El Essaouira tę wspominam jako piękne miejsce, które na pewno warte jest noclegu a może nawet dwóch. Agadiru nie wspominam zbyt dobrze, wieki resort, kombinat ze starymi hotelami, ale tak było dawno temu. Liczę, że i tu zmieniło się sporo i można wypoczywać teraz w ładnych i schludnych hotelach delektując się szerokimi piaszczystymi plażami.

Zatem do Maroka!


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *