Baloniku mój malutki, rośnij duży okrąglutki…

dnia

Egipt po raz pierwszy

Lot balonem – pierwszy raz leciałam balonem w Egipcie. Atrakcja ta pojawiła się jako zupełna nowość w Dolinie Królów. Będąc z grupą wypatrzyłam reklamę w eleganckim hotelu, w którym gościliśmy się jako jedni z nielicznych w 2001 roku we wrześniu tuż po zamachach w Nowym Jorku. Elegancki 5* obiekt świecił pustkami i oferował pokoje w cenach zwykłej klasy turystycznej.

Do spółki i lot balonem, atrakcja zarezerwowana na co dzień dla zamożnej klienteli była przeceniona i całkiem przystępna cenowo. Kolejki nie było, tłumów też nie.

Zgodnie z instrukcją przekazaną nam w biurze musieliśmy wstać zupełnie po ciemku, bardzo wcześnie rano, z recepcji odbierał nas kierowca i busikiem wiózł na drugi brzeg Nilu. W zupełnych ciemnościach dowoził nas pod Kolosy Memnona skąd startować miały balony. Tego ranka były cztery, kolorowe, dostojne, z wielkimi koszami. Pomiędzy nimi jak w ukropie uwijały się ekipy techniczne, ustawiające i przytrzymujące kosze, sprawdzające gotowość balonów.

Tadam, piloci na pokład

I wtedy nagle z zupełnych ciemności wyłonili się oni, przystojni, eleganccy pilocie, w śnieżnobiałych koszulach i serdecznym uśmiechem na twarzy. Hello Fox, How are you Fox?

Ahmed, pilot pobierający nauki w Londynie, z wyraźnym, pięknym brytyjskim akcentem od razu natchnął nas poczuciem bezpieczeństwa i ośmielił przekonując, że czeka nas najpiękniejsza przygoda naszego życia.

Zostaliśmy poinstruowani co nas czeka krok po kroku i za chwilę gotowi do drogi byliśmy już wsadzeni do kosza. Ot tak po prostu wniesieni niemalże na rękach. Ahmed pośrodku gotowy do drogi i ten niezapomniany moment startu, buchające gorące powietrze, wielki palnik i kosz starający się najpierw poderwać w małych podskokach unosząc się nieśmiało nad ziemią by za chwilę będąc ustawionym idealnie pionowo zacząć się unosić coraz wyżej i wyżej na wyścigi ze wschodzącym słońcem zza Kolosów.

Miejsce nieprzypadkowe

Teraz było jasne, dlaczego akurat to miejsce wybrano na start balonów, tego widoku zazdrościliśmy sami sobie. Wraz ze wschodem słońca cała okolica zaczęła ogrzewać się promieniami ciepłego światła i odkrywać coraz to więcej zabytków z czasów faraonów, Dolina Królów, wspaniała świątynia Królowej Hatszepsut, Dolina Rzemieślników. Kiedy nasyciliśmy oczy zabytkami rozpoznając pośród nich wiele, które już oglądaliśmy z bliska, pilot skierował balon bliżej koryta rzeki. Nil, który wygląda zawsze nieziemsko, tym razem widziany z góry, wijący się delikatnymi zakolami pomiędzy pasem pustyni z jednej strony, wąskim pasem zieleni z drugiej, prezentował się niezwykle bajkowo.

Zapowiedziane pół godziny w powietrzu nie wiadomo kiedy dobiegło końca. Pilot zwrócił naszą uwagę na bezpieczeństwo przy lądowaniu a my dopiero teraz dostrzegliśmy grupkę tych samych pomagierów, która właśnie co wysiadła pod nami z mini ciężarówki i biegła teraz na przełaj przez pola i łąki by złapać w odpowiednim momencie kosz lądującego balonu umożliwiając nam tym samym miękkie lądowanie. Jest, udało się, balon usiadł delikatnie na polu w samym środku dorodnej trzciny cukrowej ku ogromnemu niezadowoleniu miejscowych rolników.

Wiatr w oczy

W Egipcie leciałam balonem potem jeszcze kilka razy, ale pamiętam też dzień, kiedy wybraliśmy się tam zwyczajowo jeszcze po ciemku i niestety nie wystartowaliśmy bo pogoda nie dopisała, to co dla nas było tylko przyjemnym wietrzykiem, okazało się wielką przeszkodą dla balonu i niestety zaplanowane urodziny i szampan w plecaku, musiały zostać opite nim na ziemi przy Kolosach a nie w powietrzu jak to sobie wymyśliliśmy, wspominamy to do dziś.

Safari balonem?!

Kiedy w Kenii z dziewczynami organizując niespodziankę jednej z nas obchodząc jej okrągłe urodziny wsiadałyśmy do małego pickupa o 3 nad razem, wiedziałam czego należy się spodziewać. Poranna kawa i herbata oraz ciasteczka w hotelu, na placu którego szykowały się co rano balony, by za chwilę wznieść się w górę i zaoferować rozentuzjazmowanym turystom podniebne safari w Parku Masai Mara. Piloci tym razem to kadra ściągnięta do Kenii prosto z Nowej Zelandii i Australii, gdzie przez pół roku w sezonie turystycznym przypadającym dokładnie podczas tutejszej zimy pokazują z balonów winnice i cuda natury a kolejne pół roku mieszkają w hotelu w Kenii pośród „wielkiej piątki” by codziennie osobiście także tutaj podrywać w górę potwory i głodnych wrażeń turystów. I tym razem było cudnie, park widziany z góry i stada przetaczających się pomiędzy drzewami zwierząt oglądanych z góry robią wielkie wrażenie. Nawet wielkie słonie z tej wysokości wydaja się niewielkie, jak inaczej można postrzegać sawannę obserwowaną z góry.

Śniadanie na sawannie z lwem

Sam lot w Kenii to nie koniec atrakcji, My najwięcej wrażeń mieliśmy na sam koniec lotu, kiedy wprawny pilot dostrzegł przechadzająca się nieopodal lwicę, być może nawet polującą, bo czyhała zasadzając się na jakieś zwierzę pod drzewem. Widok był wspaniały, miny nam jednak zrzedły, kiedy pilot oznajmił że przyszedł czas lądowania, ale jak to tu i teraz, obok tego drzewa i polującej lwicy? Żart?

Nie, fakty. Już za chwilę podobnie jak w Egipcie ekipa techniczna łapała nas przy akacji by posadzić kosz a tuż obok rozkładano stoły, nakrywano je kraciastymi obrusami by podać nam eleganckie śniadanie w asyście Krwawej Mary i szampana, wszystko ok. 6:30 rano!

Balony poza Egiptem i Kenią

Latałam także w Turcji w Kapadocji, i w Chinach przy mogotach nad rzeką Li, cudny był lot o świcie nad świątyniami w Bagan w Birmie. Każdy inny, każdy wyjątkowy w zupełnie magicznych miejscach luli ziemskiej.

I choć nie jest to tania atrakcja, to z pewnością warta tych pieniędzy i gwarantująca wspaniale wrażenia w wyjątkowych miejscach na świecie.


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *