Zaskakujące Indie. Jak się tu jeździ, pływa, lata i… żyje

Jesteśmy w Indiach

Od dwóch tygodni podróżujemy po kraju, odkrywając go na co dzień. Oto kilka rzeczy, które nas szczególnie zaskoczyły. Zaczynamy od poruszania się po kraju.  

Metro w Indiach

Na pewno niespodzianką było metro. Trochę przypadkowo, a trochę w poszukiwaniu nowych doznań zaproponowałam grupie powrót z Czerwonego Fortu w Agrze metrem. I co się okazało, że mimo 3 milionów ludzi, którzy zamieszkują Agrę i świetnej godziny jak na największe korki w metrze przystało, wsiadając na stacji przed fortem, byliśmy jedynymi pasażerami.

Doszukiwaliśmy się powodów tych pustek: A może nie lubią być kontrolowani? Chyba nie… A może za drogo? Też raczej nie – 0,40 gr. za przejazd… A może boją się korzystać z podziemnego pociągu? I ta teoria wydaje się najbardziej realna. Dodaję zgodnie z prawdą, że na stacji trzeciej dosiadł się do naszego wagonu jeden mężczyzna i był naszą obecnością wcale nie mniej zaskoczony niż my nim w metrze.

Pociąg najniższej klasy

Inną niespodzianką były pociągi. Mieliśmy okazję przejechać się klasą najniższą, na twardych drewnianych ławkach, krótki odcinek. Zaledwie 20 km jechaliśmy ponad godzinę. Zasmakowaliśmy podstawowego składu, bez żadnych udogodnień, z wiatrakiem powyżej głów, by było choć ciut chłodniej. To trasa z nastawieniem na turystów, którzy chcą liznąć hinduskiej kolei. Ale dopiero na wielkim dworcu mieliśmy okazję zasmakować, co to znaczy tutejsza kolej.

I to też nie do końca, bo wybraliśmy się w podróż pociągiem ekspresowym w najwyższej klasie. Było wygodnie, smacznie, bo był lunch i kawa albo herbata, i było czysto. Tego nie możemy powiedzieć o innych pociągach, które w czasie naszego oczekiwania wtaczały się leniwie na peron. Ludzi kłębiło się tam tyle, że nie sposób zliczyć, klas było co najmniej cztery. Dworzec to wielka przechowalnia, a wszędzie śpią ludzie, kobiety z dziećmi, każdy owinięty w koc albo derkę, leżą pod nogami i nic sobie z tego nie robią. Z wagonów wysypał się kolorowy tłum, który gnał przed siebie, jakby chciał nas stratować. Każdy pragnął jak najszybciej opuścić pociąg.

Jazda dużym busem po Indiach

Duży bus w Indiach to z pewnością wygoda, ale i stres. Nasz pan kierowca mimo swych umiejętności codziennie zmagał się z kolosem na kółkach. Nie mógł zmieścić się w wąskie bramy i musiał na naszych oczach najeżdżać na nią kilka razy. Nie mógł zaparkować w dowolnym miejscu, tylko stale szukał przestrzeni, gdzie mógłby przytulić się do ściany i nas swobodnie wypuścić. Nie mógł jechać szybciej niż założona blokada prędkości, czym stresował siebie i nas. Manewrowanie na wąskich ulicach, gdzie nikt nie zważa na busa, nawet jak ten zajmuje całą drogę, a każdy myśli, że jeszcze zdąży i wpycha się na milimetry pod koła busa, by tylko czmychnąć i przejechać jak najszybciej dalej.  

Ale rozstaliśmy się z jednym kierowcą, by poznać kolejnego. Ten miał nieco mniejszy bus i chyba blokadę ustawioną odpowiednio wyżej. Pruł z nami po ulicach zatłoczonego Waranasi, zakładając, że za każdym razem to on będzie pierwszy, i że to jemu uda się wcisnąć przed kolejny rower, motor czy tuk tuka. Kilkukrotnie hamował tak, że lecieliśmy do przodu, bo jednak ktoś chciał zaryzykować i zdążył się wcisnąć, dosłownie omiatając końcem swej bluzki nasz zderzak.

Co za historie z busami.

Łódki i łodzie

Mieliśmy na naszej trasie także łódkę. Dawno mnie nie było w Waranasi, miasto bardzo się zmieniło. Łódki też, oczywiście, że zamówiłam kwiaty na łódce, bo o to pytał mnie kontrahent, ale nigdy w życiu nie pomyślałabym, że o wschodzie słońca nad Gangesem stawi się po nas dwupiętrowa łódź z łańcuchami aksamitek obwieszonych wokół poręczy, mało tego, kolejne sznury tych kwiatów zdobić będą sufit, a nawet lampy. No cóż, Indie to mają jednak rozmach.

Wcale nie gorsza była łódź na zachód słońca na Gangesie, kiedy po nas podpłynęła, to miałam nieodparte wrażenie, że płyniemy rzeczką w Disneylandzie. Kolorowe światełka rozciągnięte były w gęsto utkaną sieć dekoracji nad nami. Na szczęście dało się je wyłączyć. Ale i tak nijak się nam równać z innymi łodziami pływającymi po Gangesie tej samej nocy, miały światełka na górze i na dole, zabierały ze sobą na pokład nie 18 osób jak u nas, ale z 50, i do tego wszystko im mrugało i grało.

Safari jeepami

Nie mogę zapomnieć o jeepach, w Deogarh małej nikomu nieznanej miejscowości mieliśmy zaplanowane safari. Poprawnie wszystkim nam kojarzyło się z oglądaniem zwierząt, a tymczasem zapakowano nas do wielkiej ciężarówki, która służyła jeszcze podczas wojny przed 1947 rokiem i do mniejszego jeepa i wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. Zwierzęta wprawdzie też były, bo widzieliśmy bawoły wodne, koty, psy i pawie, ale safari nazwano tutaj oglądanie codziennego życia wsi hinduskiej. Śmiesznie było i bardzo serdecznie, byliśmy niemałą atrakcją dla miejscowych, ku radości dzieciaków wiwatujących na naszą cześć przejeżdżaliśmy przez ich małe wioseczki. A na koniec mieliśmy kawę i herbatę w iście weselnym stylu z widokiem na jezioro.

Skoro o jeepach mowa, to raz jeszcze mogliśmy wybrać wjazd nimi do fortu jako alternatywę do przejazdu na słoniach. Podzieliliśmy się w naszej grupie i część z nas jechała autami, a część na słoniach.

Fort Amber od lat proponuje tego typu dodatkową atrakcję, podkreślając, że zwierzęta są zadbane, ich właściciele i poganiacze odpowiednio przeszkoleni. Sprawdziliśmy, rzeczywiście nie mieliśmy zastrzeżeń, no może nie podobał się nam jeden i drugi kijek zakończony gwoździem. Za to zgodnie mieliśmy wszyscy zjeżdżać jeepami, ale nie chcąc zbyt długo czekać, część z nas zdecydowała się zejść pieszo na parking, tylko że ten okazał się daleko od wejścia. Jak widać, nawet przy tak prostych sprawach jak podjazd lub zjazd trzeba zakładać różne wersje.

Loty wewnętrzne w Indiach

Oczywiście lataliśmy już także samolotami wewnętrznymi. Nasz przelot nie wypadł najgorzej, prawie o czasie, bez większych problemów. Odprawa jak to w Indiach chaotyczna, jedna literówka w bilecie, i przedłużający się proces odprawy. Ale ogólnie wypadło to dobrze. Niestety nasza Koleżanka, która miała ciut inny program na sam koniec, straciła swój lot tych samych linii, bo został odwołany i musiałyśmy zadziałać szybko, by uratować sytuację, Udało się. Jak widać, nie ma jednego szablonu.

Indie to jedna wielka przygoda!