Za co kocham Egipt?

Moja pierwsza podróż poza Europę

Wiem, wiem dla wielu z Was Egipt to nic szczególnego. Ot taki sobie popularny kurort wakacyjny, piękna rafa, natrętni sprzedawcy, nieuczciwi poganiacze wielbłądów…
Nie dla mnie.
Nie jestem obiektywna, to mój pierwszy kraj, od którego rozpoczęłam swoją przygodę z egzotyką. Pierwszy, do którego wyleciałam poza Europę i to już dawno, bo w 2002 roku. Był lipiec, było piekielnie gorąco, pojechałam przyuczać się do zawodu pilota. Od mojego mistrza nauczyłam się bardziej jakich błędów podczas prowadzenia grup nie popełniać niż jak prowadzić z sukcesem grupę.
Chcąc nie chcąc bardziej niż na kolegę pilota zdana byłam na miejscowych. I tu dochodzimy do prawdziwej odpowiedzi, dlaczego ja tak bardzo lubię Egipt?
Otóż odpowiedź jest jedna, bardzo prawdziwa i bardzo zaskakująca. Choć jestem pełna podziwu dla piramid i świątyń, choć uwielbiam Nil, choć zaczytuję się w opowieściach o faraonach, to w Egipcie trzymają mnie… ludzie.

23 lata przyjaźni

23 lata to kawał czasu. Wielu z moich serdecznych Egipcjan już z nami nie ma, kiedy startowałam, mieli ponad 60 lat.
Za to są i tacy, którzy zaczynali wówczas, będąc w podobnym wieku jak ja.

Khalid – dobry duch każdej trasy

Khalid – był ze mną od zawsze, miał nawet dumny tytuł tour escort. Czyli nie był moim przewodnikiem, zresztą zabytki nie były jego mocną stroną, zapewne do dzisiaj nie zwiedzał piramid od środka ani nie wchodził do wnętrza wielu świątyń, ale nie po to był ze mną. Występował jako dobry duch. Witał nas jeszcze przed okienkiem z wizami, dbał o odbiór bagaży, załatwiał wszystkie pozwolenia policyjne, nadzorował przebieg trasy, rozmawiał i negocjował dla nas najlepsze warunki na posterunkach policji. Kiedyś jeździliśmy tylko w konwojach. Ale spełniał także nasze zachcianki, kupował nam najlepszą kawę z kardamonem, świeże daktyle, akcesoria do fajek wodnych. To On nauczył mnie palić sziszę, choć sam skończył z tym mocno wciągającym dla niego nałogiem.

Hossni – mój ulubiony kierowca

Kiedyś była nas trójka, niestety Fathallah odszedł. Uśmiechnięty, profesjonalny. Nikt tak jak on nie prowadzi busa po Kairze. Uwielbiam ten moment, kiedy wychodzę z lotniska, a on wyłapuje mnie wzrokiem w tłumie i czeka aż się przywitamy. Podkarmia mnie chałwą, którą uwielbiam. Jego busik pachnie zapachem konwalii. Ot taka serdeczna długa znajomość. I zawsze mówi ma do widzenia: I miss you!

George – spokój w świecie papirusów

George – poznałam Go w Luksorze. Kopt, właściciel sklepu z papirusem. Po dziesiątkach wizyt w sklepach z papirusem, gdzie ceny sięgały gwiazd, a sprzedawcy od progu obsiadali nas jak muchy, tu zawsze panował spokój. George piękną angielszczyzną objaśniał proces powstawania papirusu, a potem kaligrafował hieroglify, nie tracąc cierpliwości przy piętnastym zamówieniu. Nigdy nie dostałam od niego prowizji za przyprowadzenie grupy, za to dbał o moich Klientów, udzielał im często 50% rabatu, opowiadał o sobie, domu, poznałam Jego Rodziców i najbliższą Rodzinę. Zawsze byłam u Niego mile widziana, także bez grupy.

Mohammed 88 – bohater nocy

Mohammed 88 – to Jego prawdziwa nazwa. Właściwie imię albo pseudonim zawodowy. Mohammed jest dorożkarzem, jesteśmy w bardzo podobnym wieku. Poznaliśmy się w ekstremalnym stresie. Jeden z moich Gości o 2 w nocy nabawił się uczulenia na truskawki, których zjadł ponad 2 kg. Obudził mnie, ledwo dysząc. Wybiegłam z nim w piżamie przed nasz hotel, jedyną osobą, która w środku nocy czuwała przed budynkiem, był dorożkarz. Postawny, wielki, ponad 2 m. Nie pytał o nic, a ja jak mantrę powtarzałam: hospital, fast, hospital, fast. Zdążyliśmy, jego koń Casanova mało co nóg nie pogubił. Pan po podaniu leku odżył, a my razem z nim. Od tej pory jak tylko pojawię się w Luksorze nie da się przejść bez meldunku u Mahommeda, mam już całą kolekcję prezentów od Niego, ciepłe koce, derki, naszyjniki, zawsze jemy falafele, takie prosto z targu, a ja staram się zabierać moich Gości na przejażdżkę dorożkami po Luksorze.

Właściciel kawiarni Oma Kalsum – dom poza domem

Właściciel kawiarni Oma Kalsum. To dopiero jest znajomość, jeszcze trochę i będę jak córka, choć nie wiem, czy to największe wyróżnienie w Egipcie. Znamy się od lat. Pamiętam kiedy jego mały lokal liczył kilka stolików i krzeseł. Zawsze były tu najlepsze soki, kawa z kardamonem i oczywiście szisza. Z czasem dorobiłam się miejsca przy stoliku szefa, wszyscy wiedzą, że uwielbiam sahleb, i choć zwyczajowo ten puddingowaty napój z orzeszkami pije się tu tylko zimą, ja go dostaję nawet w lipcu. O mały włos nie pochowałam mojego przyjaciela; ktoś kiedyś, przypadkowo napotkany dorożkarz, sprzedał mi wiadomość, że on nie żyje. Ze łzami w oczach szłam do kawiarni, by wypytać syna, prowadzącego biznes z Tatą co się stało. Oniemiałam i rozpłakałam się, ale …z radości, kiedy zza rogu swojej kuchni wyszedł sam właściciel i jak zwykle chwycił mnie w ramiona. W tym roku dostał ode mnie karykaturę naszej dwójki, zobaczymy czy znajdzie dla niej miejsce w swojej kawiarni.

Yaser – klasa sama w sobie

Yaser – mój przewodnik, pracowaliśmy tylko jeden raz, przed rokiem, przy grupie lux. Co za klasa, jaka wiedza, ile elegancji. Byłam i jestem wpatrzona w niego jak w obraz. Lubimy się, i choć przeszkodą naszej współpracy są bogatsi Amerykanie, którzy podkradają mi Yasera, przy każdym spontanicznym spotkaniu nie możemy się nacieszyć swoją obecnością. Tata trzech córek, nowoczesny, ale bardzo przywiązany do swojego kraju. Postępowy, ale tradycyjny. Mądry. Stonowany. Pozwalał mi gwiazdorzyć, by w odpowiednich momentach odciążyć i przejąć prowadzenie grupy. Miał asy w rękawie, zabrał mnie do miejsc nieoczywistych, w których sam bywał dwadzieścia lat temu. Oj jak dobrze się nam razem pracowało.

Bob Kapitan – mój ulubiony lot nad Luksorem

Bob Kapitan – dla turystów. Dla mnie Baha zgodnie z prawdziwym imieniem. Trafiłam do niego i jego firmy dawno temu. Mój dorożkarz zabrał mnie tam i namówił na lot balonem. Wierzcie albo nie, nigdy w Luksorze nie leciałam z inną firmą, i tylko raz nie z Bahą. Nawet teraz, kiedy szanse na lot były znikome, bo pogoda nie była sprzyjająca, tak się nam udało pozamieniać loty, że wprawdzie nie na wschód słońca, ale na drugi lot znalazły się miejsca dla naszej grupy, a kapitan przeskakiwał z balonu do balonu, jak ten odrywał się już od ziemi. A potem był popis jego umiejętności. Blues w chmurach, ryzykanckie, choć bardzo bezpieczne latanie nad samą skałą. To moja ulubiona atrakcja w Luksorze.

Egipt to ludzie

To tylko kilku z moich egipskich Przyjaciół. Widzieliśmy się dopiero co, w poniedziałek wróciłam z Egiptu. I już za nimi tęsknię.