Wizzair, śnieg i Hilton

Lecimy polować na zorzę

To miał być trzeci z kolei wyjazd do Tromso w poszukiwaniu zorzy polarnej.

Najpierw grupa nie chciała się zebrać, było zbyt mało osób, zdecydowałam się na pilotaż osobiście, jednocześnie proponując wyjazd mojej Basi. Niemal w tym samym czasie do grupy dołączyły trzy inne Mamy z nastoletnimi Dziewczynami. Mieliśmy też w grupie ośmioletniego wnuczka i Jego przeuroczą przedsiębiorczą Babcię.

W sumie trzynaście osób, które miało w sobotę o 17:30 rozpocząć swoją arktyczną przygodę.

Ruszyłyśmy z Poznania o 11, proponując naszym zaprzyjaźnionym Dziewczynom wspólną podróż samochodem. Sobota nie mogła być lepsza, słońce, muzyka, autostrada. Dziewczyny zajęły się sobą, my z Anią gaworzyłyśmy wesoło. Trochę więcej stresu pojawiło się na przystanku na tankowanie i kawkę godzinę przed Gdańskiem gdy odkryłam, że nie spakowałam żadnej kurtki.

Norwegia bez kurtki

Miałam plecak, a w nim rękawiczki, spodnie narciary, koszulki i polary, nawet pelerynę, ale niestety wybrałam się bez kurtki. Zimna krew, trochę śmiechu, Becia, która jak zwykle w takich sytuacjach potrafi pokrzepić i podpowiedzieć, gdzie wpaść w drodze na lotnisko, by zakupić coś na szybko i tym razem uratowała sytuację.

Centrum handlowe opanowałam w 17 minut, Dziewczyny mierzyły mi czas. I choć nie było już wyboru spośród kurtek zimowych, wbiłam się na dział dziecięcy gdzie kupiłam piękną ciepłą khaki kurtkę z cicikiem (z poznańskiego futerkiem) wokół kaptura. Rozmiar 164, ale jak na mnie szyty (prawie).

Lot z Gdańska do Tromso

Kiedy wydawało mi się, że wszystkie przygody już za nami spotkaliśmy się na lotnisku z pozostałymi Uczestnikami wyjazdu i o czasie przeszliśmy do odprawy. Samolot pełen po brzegi odleciał o czasie. Na pokładzie było wesoło, poza turystami jak my lecącymi w poszukiwaniu zorzy polarnej mieliśmy rozochoconą grupę wędkarzy, którzy woleli w tym czasie w Norwegii łowić śledzie, a póki co wprawiali się w iście wakacyjny nastrój.

Tak naprawdę przydali się bardzo, a ich komentarze bawiły cały samolot, gdy pan kapitan całkiem poważnym głosem zapowiedział półgodzinne krążenie nad lotniskiem w Tromso, gdyż pas startowy jest odśnieżany i musimy poczekać na zgodę na lądowanie.

Samolot przycichł na chwilę, by po chwili wrócić w stan oczekiwania. Po mniej niż 30 minutach kapitan przemówił jeszcze raz, informując, że maszyna została przekierowana i że lecimy do Oslo.

Zasmuciła mnie ta informacja, na dzisiaj mieliśmy zaplanowany koncert w katedrze. Ale policzyłam godziny i miałam jeszcze nadzieję, że po tankowaniu w Oslo sytuacja w Tromso poprawi się na tyle, że wrócimy.

Kapitan powitał nas w Oslo

Lądując, poinformował, że nie będziemy mogli wyjść z samolotu i że po około dwudziestu minutach zapadnie decyzja co z nami dalej. Obsługa wyrwała się przed szereg, rozpuszczając niesprawdzone wiadomości na temat podstawianych do Oslo busów i przewozu nas do Tromso drogą lądową. Nikt nie sprawdził chyba, że to bagatela 2000 km i trzy dni drogi. Były też wizje zakwaterowania w Oslo. Potem pojawiała się wizja hotelu Hilton w Gdańsku.

Nie dopuszczałam tej ostatniej opcji nawet z Hiltonem w tle. A jednak.

Zapadła decyzja, mimo naszych prywatnych informacji, ze Tromso przyjmuje inne pojedyncze loty, my wracaliśmy do Gdańska. Wylądowaliśmy przed północą.

Powrót do Gdańska

Obsługa naziemna stanęła na wysokości zadania i po około 40 minutach oczekiwania dostaliśmy hotel. Zależało mi bardzo byśmy, byli wszyscy w jednym miejscu. Tylko dwójka udała się na nocleg do własnego mieszkania w Gdańsku, my taksówkami opłaconymi z własnej kieszeni dotarliśmy do niewielkiego hotelu siedem kilometrów od lotniska.

Przed opuszczeniem lotniska poinformowano nas, że nasz samolot odleci następnego dnia o 10:30.

Spaliśmy szybko, ale dobrze. Nasz lot z jednego mającego trwać zaledwie dwie i pół godziny zamienił się w podróż niemal siedmiogodzinną.

Niedzielny poranek powitał nas pysznym śniadaniem. Taksówkami wróciliśmy na lotnisko. Trochę przestraszyła nas kolejka do odprawy. Ale szczęśliwie Ania odkryła opcję u pani celnik przejścia na naszych starych kartach pokładowych. Wśliznęliśmy się do hali odlotów. Kolejka do odprawy głównie dotyczyła osób, które wczoraj na strefie bezcłowej zakupiły sporo alkoholu, który w Norwegii jest bardzo pożądany, a teraz musieli go nadać jako dodatkowy (ale darmowy) bagaż, by mógł polecieć do Tromso.

Deja vu i lot do Tromso

Po raz kolejny zajęliśmy miejsca w samolocie, tym razem za sterami pani kapitan. Lot minął bardzo gładko i w momencie kiedy powinniśmy schodzić do lądowania, stanowczy głos pani kapitan poinformował nas o konieczności oczekiwania na lądowania. Pas zaśnieżony. Zamarliśmy i wstrzymaliśmy oddech, że znowu powtórka sytuacji z wczoraj?

Na szczęście tym razem dla nas, wylądowaliśmy tylko z opóźnieniem.

Potem szczęście nam sprzyjało, wielkie sterty śniegu opóźniły autobus z lotniska do miasta, złapaliśmy go w ostatniej chwili. Plan naszej wycieczki zrealizowaliśmy w całości, ominął nas tylko koncert.

We wtorek wieczorem przyszedł czas na powrót. Z kartami pokładowymi, które musieliśmy wydrukować, bo nie mogły ich odczytać skanery, weszliśmy na lotnisko. Ruch odbywał się tutaj bez żadnych opóźnień. Wprawdzie niepokoił nas wzmagający się wiatr, który hulał za naszymi oknami.

Loty odwołane

Nie trzeba było długo czekać. Pierwszy lot odwołany, kolejny wstrzymany, trzeci przekierowany do Oslo. Z niepokojem śledziliśmy na flight radarze losy samolotu lecącego z pasażerami z Gdańska do Tromso, tylko jego przybycie gwarantowało nam odlot do domu o czasie.

W tłumie pasażerów, sporo znajomych twarzy z sobotniego lotu, pozdrawiamy się i uśmiechamy.

Lotnisko nabiera wody w usta, nie ma z kim porozmawiać, obsługa chowa się w długich rękawach prowadzących do samolotu i nie ma kogo zapytać o to co z nami.

Wreszcie pojawia się nieoficjalna informacja, że aplikacja pokazuje przekierowanie lotu znad Tromso do Oslo. Z wielką obawą domyślamy się, co będzie dalej.

Nie chcemy wierzyć, że podobna sytuacja jak w sobotę może powtórzyć się dzisiaj.

Na tablicy informacyjnej pojawia się nowa godzina odlotu. Zamiast 21:00 mamy lecieć o 1:00, ale my znamy warunek tego lotu. Samolot z Gdańska po tankowaniu w Oslo musiałby wrócić do Tromso, a tymczasem mamy po raz kolejny przecieki osoby będącej na pokładzie tegoż samolotu, że kapitan wydał komunikat i podzielił się swoją decyzją o powrocie do Gdańska.

Lotnisko milczy

Na tablicy czarna dziura przy napisie Gdańsk. Niektórzy z nas tracą cierpliwość, zaczynają snuć swoje prywatne plany.

My czekamy na decyzję lotniska, bo póki co nie możemy nawet opuścić lotniska. Dostajemy vouchery na coś do picia i małą przekąskę.

Wreszcie dowiadujemy się, że czeka nas nocleg w Tromso i obsługa naziemna ma zapewnić nam hotel. Wychodzimy i podobnie jak cały samolot czekamy na vouchery noclegowe. Niestety tu w odróżnieniu od sprawnej organizacji w Gdańsku nie dzieje się zupełnie nic. Dwójka młodych ludzi, unikając naszego wzroku i rozmowy z nami, patrzy w monitory i milczy. Tłum coraz bardziej poirytowany. Nie mamy żadnych informacji. Sporo Polaków nie mówiących po angielsku w ogóle nie wie, co się dzieje.

Zapomniałam wspomnieć, że osoby, które w bezcłówce dokonały zakupów cieczy powyżej 100 ml, zostały poproszone o kontakt ze swoimi sklepami i zwrot zakupów.

Szukamy noclegu w Tromso

Nie wytrzymujemy tego napięcia, zaczynam szukać noclegu dla nas. Jest nas jedenastka, jedna Mama z Córką podjęły decyzje o samodzielnej rezerwacji w hotelu nieopodal lotniska. My znajdujemy pięć pokoi w willi obok mostu. Rozmawiam ze wszystkimi uczestnikami i dopytuję się, czy zgodzą się na pokrycie kosztów noclegu, bo nie mamy jeszcze decyzji co do stanowiska Wizzair. Wszyscy są jednomyślni, jest niemal północ, zimno coraz bardziej, nie wiemy co z hotelem ze strony linii, nie wiemy też co z naszym lotem. Kiedy spakowani opuszczamy lotnisko pada komunikat, że Wizzair nie zapewni nam noclegu i namawia do samodzielnych działań, bo hotele są pełne i nie zgodziły się przyjąć pasażerów.

To tylko utwierdza nas w słuszności naszej decyzji. Na zewnątrz śnieżyca już po raz czwarty dzisiaj. Łapiemy taksówki i jedziemy do hotelu. Tu mały zgrzyt z ilością obiecanych a faktycznych pokoi oraz ich ceną, ale ostatecznie wszyscy mamy łóżko i zostajemy tutaj na noc.

W tym czasie przychodzi informacja, że nasz lot został przełożony na jutro na 21:00. Ale jak? Cała doba więcej w Tromso?

Idziemy spać, umawiamy się na śniadanie.

Dodatkowy dzień w Tromso

Środa budzi nas tańcem śniegu za oknami. Kurzy wściekle, ale już wiemy, że pogoda tutaj potrafi zmieniać się niemal kilka razy na godzinę.

Wykorzystujemy dodatkowy dzień na lekturę książek, gry planszowe, spacer po mieście. Teraz grzejemy się w naszym hotelu, siedzimy wszyscy w lobby. Zaraz taksówkami ruszamy na lotnisko.

Próba numer dwa.