Wielkie marzenie

Gigantyczne wrażenie

Marzyłam o nich od zawsze. Tak mam czasami, że są pewne miejsca na ziemi, o których marzę, do których wzdycham. I tak długo wokół nich chodzę i tak mocno planuję, że wreszcie udaje mi się do nich dotrzeć. Mowa o baobabach na Madagaskarze. Śniły mi się po nocach, prześladowały pojawiając się w kolejnych magazynach podróżniczych czy na okładkach książek w księgarniach. Wiedziałam o nich już naprawdę sporo, byłam dobrze przygotowana i co…? I ich widok zupełnie mnie przerósł. Nie tylko dosłownie, bo kolosy mierzą ponad 30 metrów, są ogromne, bardzo majestatyczne i dostojne, jednym słowem piękne giganty.

Jak się ma hiacynt do baobaba?

Po raz pierwszy widziałam je o zachodzie słońca. Byłam wiosną, w okolicach Morondawy było jeszcze ciut mokro po ostatnich deszczach. Szczęśliwie dla mnie wokół baobabów na małych poletkach widać było jeszcze zastałą wodę, mniejsze kałuże porośnięte były hiacyntami wodnymi obsypanymi fioletowym kwieciem, większe płytkie kałuże były pełne wody. I to tylko spotęgowało efekt przebarwiającego się nieba, wielkiej pomarańczowej kuli wygaszającej swój blask i zachodzącej na horyzoncie z czarniejącymi sylwetkami kolosów.

Kadr nieruchomy

Pamiętam, że zachłannie chłonęłam każdą minutę i nie mogłam podjąć decyzji o odwrocie w oczekiwaniu, że za chwilę niebo jeszcze inaczej się wybarwi i baobaby będą mienić się na zupełnie innym tle. Nie pytajcie ile zdjęć przywiozłam, dla mnie do dzisiaj mają one zupełnie inny wymiar niż dla kogoś, kto ogląda je jako osoba postronna, no bo ileż można fotografować statyczne drzewa. Przyjrzyjcie się im dokładnie, one nawet na zdjęciach robią wrażenie. Złapcie ujęcie, gdzie macie zestawienie człowieka i drzewa, to dopiero daje wyobrażenie o ich wielkości.

Co łączy Himalaje i Madagaskar?

Przed baobabami, miałam tak tylko raz, w Himalajach na zapalaniu szczytów, kiedy zabrano nas na punkt widokowy i kazano wpatrywać się przed siebie, bo za chwilę miały się odsłonić najwyższe góry, to mój wzrok zupełnie błędnie oszacował miejsce gdzie szczyty się wyłonią. Zawstydzona musiałam podnieść oczy zadzierając głowę i to mocno, majestat i wielkość tych gór wtedy mnie zupełnie onieśmieliły. Z baobabami było podobnie.

Gorączka na baobaby

Jadąc do Alei Baobabów z Morondawy busikiem, by zdążyć na zachód słońca, już od rogatek miasta pytałam kierowcę, czy to już, czy jeszcze daleko, ekscytacja nie pozwalała mi wyczekać cierpliwie. Rado śmiał się ze mnie życzliwie i kiedy wypatrzył pierwszą sylwetkę przed nami od razu zwolnił i dał mi się nacieszyć odtąd każdą chwilą. By nie zakłócać widoku wysiadłam powoli z busika bojąc się, że mogę je spłoszyć, stąpałam delikatnie, ale pewnie by złapać te drzewa bez tłumu gapiów. Chciałam je mieć tylko dla siebie. Ten plan niestety się nie spełnił, bo jak się okazało pod baobabami mieszkają ludzie w najzwyklejszych chatkach, tu wypasają bydło, z którym teraz wracają z pól, tu noszą wodę w kanistrach na głowach albo wiozą wielkie baniaki na taczkach. Wreszcie na straganach można było kupić owoce baobabu, sok z jego owoców, jego nasiona, wyroby rękodzieła.

Baobaby z rana jak…

Ja jednak szalałam z aparatem. I możecie wierzyć lub nie, przywiozłam kilkaset zdjęć tylko z baobabami. Rado mój kierowca widząc moje zaangażowanie w zwiedzanie zaproponował mi bardzo wczesną pobudkę następnego dnia i powtórkę ze zwiedzania. Spytacie, po co to samo?

Otóż światło było zupełnie inne, zatem kilkaset kolejnych zdjęć w różnych odcieniach. Wraz z naszym przybyciem zaczęło się budzić życie pod drzewami. Pierwsi mieszkańcy rozpalali ogniska, wychodzili z chatek, ktoś mył zęby, piały koguty, dzieci zaczynały płakać, a mamy gotować wodę na ognisku. Nie było turystów, byłam sama, samiuteńka. Było inaczej, cicho, tylko kogut piał. Przeszłam aleję sama od początku do końca nie wchodząc nikomu w kadr, nie polując na każdą minutę wschodu słońca. Na kilka chwil dołączyła do mnie pani z chrustem na głowie, potem miałam towarzystwo roześmianych dzieciaków, które pokazywały mi swoje domki, na koniec chłopak wiozący baniaki z wodą na wozie zaprzężonym w woły zaproponował mi podwózkę. Ponieważ nie miałam zbyt daleko, wolałam iść piechotą.

Moje wymarzone baobaby były tylko moje. Nawet hiacynty, jeszcze nierozchylone ku słońcu, nie stanowiły żadnej konkurencji dla baobabów.

Marzenie zostało spełnione

Potem na trasie do Bekopaki widziałam jeszcze kilka wielkich okazów, był taki, co go poważają, modlą się do niego i pod nim, przywiązują wstążeczki, kawałek w bok od głównej trasy pokazano mi dwa baobaby splecione w miłosnym uścisku, przy głównej trasie raz na prawo, raz na lewo stały jeszcze inne wielkie drzewa, ale już nigdzie potem nie widziałam tak wielkich i cudnych okazów.

Aleja Baobabów to z pewnością dla mnie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Tutaj wyobrażenia nie przerosły rzeczywistości, wręcz na odwrót, zostałam urzeczona pięknem tego miejsca i jego naturalnością oraz autentyczną otoczką. Trzymam kciuki, że baobaby zostaną jeszcze długo takie naturalne, takie wprost z ulicy, że oprą się płotkom, biletom wstępu, godzinom otwarcia. Niech tam będzie tak jak jest i to jak najdłużej.

Zapraszam na wycieczkę Na madagaskar!

Parostatkiem w piękny rejs…

Dlaczego akurat Sudan?

Brzydkie Maroko – gdzie go szukać? Przewodnik po ohydnych miejscach.


  • udostępnij:

2 Comments Add yours

  1. Globtroterek pisze:

    Piękne zdjęcia! Baobaby wyglądają wspaniale! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *