Tankowanie nie musi być nudne

Nigdy nie pomyślałabym, że tankowanie samochodu może stać się tematem na bloga, a tymczasem…

Sezon w pełni, przez nasze skrzynki przechodzi wiele maili z wypożyczalni samochodów. Rezerwujemy, anulujemy, przekładamy i potwierdzamy. W temacie aut jesteśmy na bieżąco.
To wiąże się z tankowaniem, a ranking najbardziej nietypowych sytuacji związanych ze stacjami paliw na świecie zrobiliśmy zupełnie przypadkowo z Maciejem Mężem, będąc przed miesiącem na Dominice, wspominając nasze osobiste przygody.

Dominika – trzecia stacja to szczęśliwa stacja

Maciej próbował wtedy zatankować samochód i dopiero na trzeciej stacji udało mu się nalać paliwa, płacąc za nie dolarami amerykańskimi, opcji płatności kartą nie było. We wcześniejszych dwóch miejscach obowiązywała tylko waluta lokalna.

Nowa Zelandia – na odludziu bez opcji

To sytuacja zbliżona do mojej w Nowej Zelandii. Było późno (rzecz względna 19:12), padało, byłam poddenerwowana, bo mieliśmy kraksę w trasie i musiałam wrócić po samochód. Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy to dwa domy na krzyż i dwie stacje benzynowe, każda z nich czynna tylko do 19:00. Jestem pewna, że byłam jedyną osobą na tym odludziu, która o tym nie wiedziała. Daremnie próbowałam zatankować samochód, płacąc jedną z wielu kart kredytowych, jakie miałam przy sobie, maszyna stale jak mantrę powtarzała, twoja karta jest przez nas nieobsługiwana. I tak po raz drugi i trzeci. Bak pusty, kolejna stacja bez gwarancji, że kupię tam paliwo dopiero 50 km dalej i to w przeciwnym kierunku niż czekająca na mnie ekipa.

Co za bezsens sytuacji. Mam gotówkę, ale jej nie mam jak zamienić na paliwo, karty i owszem, ale żadna z moich pięciu nie działa. Sklep zamknięty, otworzy się już jutro o 8:00. Zbawieniem okazała się młoda Dziewczyna, która podjechała zatankować swoje małe żółte autko, poprosiłam ją, by zechciała zapłacić swoją kartą za moje tankowanie, a ja natychmiast oddam jej równowartość tej kwoty w gotówce. Patrzyła na mnie zdumiona, widziała kasę, karty i nie rozumiała, gdzie jest problem. Ostatecznie udało się i zdążyłam na ratunek z pełnym bakiem.

Gruzja – tankowanie na pełnym gazie

Wygodnie, choć brawurowo było na stacjach paliw w Gruzji, nikt nie oczekiwał, że wyłączymy samochód podczas tankowania. Byłoby to wręcz dziwne. Obsługa nie fatygowała nas wysiadaniem, przez okno w samochodzie kasowała należność i przy włączonym silniku lała paliwo do pełna.

Kuba – kiedy paliwo to loteria

Wyzwaniem było tankowanie na Kubie, tu była istna loteria. Stacji było bardzo dużo, większość z nich nie obsługiwała jednak kart płatniczych obcokrajowców, czyli nas. Inne obsługiwały karty, ale akurat nie było tam prądu, czyli nie było jak zatankować samochodu. Nie brakowało oczywiście stacji, na których nie było nic ani prądu, ani paliwa. Tych było najwięcej.

Pamiętam kiedy podjechaliśmy na jedną ze stacji, gdzie odmachano nas, informując, że nie ma prądu i tak przez kolejnych 100 km. Wystarczyło się tylko rozejrzeć, na skraju stacji stał powiem umyślny, który już machał na nas ręką. Wskazywał, choć to wyglądało niedorzecznie, byśmy przejechali w poprzek przez dwupasmową drogę w jedną stronę i dwupasmową w drugą stronę, kawałek pod prąd na drugą stronę. Cóż było robić, przecież to Kuba.

A tam komplecik chłopaków handlujących paliwem. Toaleta przydrożnego baru zamiast toaletą była składzikiem paliwa w kanistrach. Zapłaciliśmy tyle samo co na stacji dla turystów, dostaliśmy dobre paliwo, a przy okazji zjedliśmy dobrą kanapkę ze smażoną rybą. Tu przydała się gotówka i waluta lokalna.
Niemcy, którzy przyglądali się całej sytuacji, nazwali nas bohaterami i podziwiali odwagę. To dopiero było śmieszne dla nas.

USA – tankowanie to gra w szacowanie

Stany – tankowanie tutaj to zawsze stres czy oszacujesz trafnie ilość paliwa, jakie chcesz nalać. Jak ustrzelisz za mało, trzeba operację płatności powtarzać na nowo, jak zawyżysz, to trzeba gnać znowu do okienka i prosić o zwrot przedpłaconej kwoty. Nie lubię tego systemu, choć to pewnie kwestia przyzwyczajenia i wprawy.

Bali – paliwo w butelkach

Na Bali jeździliśmy skuterami i tankowaliśmy paliwo w kolorze rozrzedzonego soku malinowego z butelek maści wszelakiej wystawionych na drewnianych stojakach tuż przy drodze. Mogłeś wybrać sobie dowolny kształt butelki i nalać paliwo do swojego sprzętu. Tu paliwo zawsze było pod ręką.

Australia – kolejna stacja za 800 km

W Australii to trzeba uważać, szczególnie w interiorze, nie na darmo wielkie znaki ostrzegają, że kolejna stacja dopiero za … 800 km. Bądźcie czujni!

Sokotra – chrzczone paliwo i skutki

Na Sokotrze, dopóki paliwo przypływało z Jemenu, było jako takie, odkąd łapę na wyspie położyły Emiraty, Sokotra dostaje paliwo chrzczone, czego efektem są przygody w trasie. Zanikająca nagle moc samochodu, dziwne dźwięki, przerywane skoki w trakcie jazdy i wiele takich atrakcji do całkowitej niemocy auta w trasie.

Egipt – litr paliwa w butelce po wodzie

Mam jeszcze jedną historię. Dawno temu w Egipcie, kiedy jeździły tam jeszcze rozklekotane taksówki, za którymi tęsknię bardzo, to była istna przygoda. Auta ledwo jeździły, miały często poszarpane pokrowce, wysłużone fotele, ułamane lusterka, kierowcą był nierzadko nauczyciel, doktor, księgowy, który dorabiał na drugim albo trzecim etacie w taksówce. Taksówek było pewnie o wiele za dużo, bo wszędzie widać było tylko taksówki, nie można się było od nich odgonić, oczywiście nie było żadnych taksometrów, każdy wiedział mniej więcej, ile kosztuje przejazd na określonej trasie, należało się potargować, konkurencja stała metr przed albo metr za tym samochodem.

Jechałam z mojego hotelu Santana pod piramidy, całkiem spory odcinek, przemiły pan kierowca, było już ciemno, Kair wyglądał cudnie. Podświetlone wysokie budynki hoteli w centrum, Lotos Tower, byliśmy na moście, tu zawsze korki i dziki ruch w każdą ze stron. Nagle mój pan kierowca wysiada, wyłącza auto, bierze pustą butelkę plastikową po wodzie, którą wygrzebuje spod siedzenia i biegnie sobie, rzucając mi na odchodnym tylko: one moment.
Wyglądało to, jakby uciekał, porzucając mnie na moście. Wrócił dość szybko, w butelce miał może litr paliwa, dolał do baku i pognaliśmy pod piramidy. I choć to były czasy kiedy paliwo było tańsze niż woda mineralna w butelkach, to jeżdżenie na oparach dla większości z ówczesnych taksówkarzy było normą. Taki to był lichy biznes wtedy, ale był.

Na zakończenie

Ech te czasy!
Niby błahy temat, a proszę, jaki potrafi być różnorodny w różnych zakątkach świata.