Dwie teoretycznie identyczne trasy zamieniły się w dwie różne przygody
Plan był taki, 7 sierpnia rusza dwunastoosobowa grupa z Esterą a tydzień później takiej samej wielkości grupa Kasi.
I ruszyłyśmy.
A potem już nic nie było takie same…
Kopenhaga
Estera: dolecieliśmy o czasie do Kopenhagi, słońce walczyło na niebie, pojawiając się i znikając. W hotelu zostawiliśmy tylko nasze rzeczy i od razu ruszyliśmy na spacer po mieście. Pyszne jedzonko, długa trasa, ani się obejrzeliśmy, a zrobiliśmy kilkanaście kilometrów zwiedzając stolicę Danii. Na sam koniec dnia zasiedliśmy do pysznej nagradzanej wielokrotnie pizzy.
Kasia: Początek wycieczki był dość standardowy i przewidywalny: odbiór bagażu oraz przejazd do hotelu. Ponieważ nasze pokoje nie były jeszcze gotowe, od razu ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. I tu pojawił się ogromny plus całego wyjazdu, ponieważ po Kopenhadze oprowadzała nas zaprzyjaźniona para Polaków, która od pewnego czasu mieszka w stolicy Danii.
Był czas na wspólny lunch, niespieszny spacer, rozmowy o codziennym życiu, przerwę na kieliszek wina oraz wspólną kolację. Takie nieszablonowe poznawanie miasta pozwoliło nam zobaczyć Kopenhagę z zupełnie innej perspektywy niż typowy turysta.
Dzień zakończyliśmy dopiero wieczorem, mając siły już tylko na powrót do hotelu i zameldowanie się w pokojach.



Nuuk
Estera: czerwona maszyna Air Greenland dumnie czekała na nas na płycie lotniska w Kopenhadze. Lot minął wyjątkowo przyjemnie, poza kilkoma turystami, z czego najwięcej było Polaków miejsca zajmowali Innuici. Tak naprawdę to tutaj zaczęła się już nasza przygoda z Grenlandią, obserwowaliśmy bacznie mamy z dziećmi, osoby dorosłe i młodzież.
Na miejscu ku naszemu zaskoczeniu zamiast prognozowanych 6 stopni termometr pokazał aż 16!!!! Czapki i szaliki poszły głęboko na dno naszych plecaków a my wyletnieni dotarliśmy do położonego w centrum hotelu i wybraliśmy się na spacer po Nuuk. Chcieliśmy zobaczyć wszystko manewrując pomiędzy godzinami otwarcia muzeów, porą wydawania lunchu i wreszcie przepyszną kolacją. Znaleźliśmy nawet czas na zakupy. Koszulki z dumnym napisem „Greenland not for sale” albo kolczyki z futerkiem lisów śnieżnych to unikatowe łupy. Na kolację pierwsze przysmaki grenlandzkie: piżmowół, ikra z tuszy, steki z renifera.
Kasia: Sprawnie przeszliśmy odprawę i kontrolę bezpieczeństwa, a następnie samolotem linii Air Greenland wyruszyliśmy ku przygodzie. W Nuuk powitały nas chmury i silny wiatr, jednak nie zatrzymało nas to w hotelu. Ciekawi stolicy Grenlandii, od razu ruszyliśmy na pierwszy spacer w kierunku Muzeum Narodowego oraz wybrzeża, gdzie znajdują się pomniki Hansa Egede i Matki Mórz.
Później przyszedł czas na pierwszy grenlandzki lunch i zakwaterowanie w hotelu. Mimo mało sprzyjającej pogody postanowiliśmy dalej odkrywać miasto. Specjalnymi kładkami poprowadzonymi nad wodą przemierzaliśmy kolejne części Nuuk, komentując jego zaskakującą zabudowę: ogromne szare bloki sąsiadujące z niewielkimi, kolorowymi domkami.
Najbardziej wytrwali ruszyli jeszcze dalej, do niewielkiej kawiarni połączonej z palarnią kawy, gdzie po raz pierwszy mieliśmy okazję spróbować grenlandzkiej kawy.
Ilulissat przelot
Estera: na lotnisku stawiliśmy się o czasie, małe, kameralne, ale ze wszystkimi procedurami, powiedziałabym, że nawet dość upierdliwymi, bo kontrola bagażu podręcznego ciągnęła się w nieskończoność. Dzisiaj dla odmiany lecieć mieliśmy dużo mniejszym samolocikiem, który znowu wypełniony był po brzegi, a Polacy stanowili na pewno większą część pasażerów. Dolecieliśmy nad Ilulisaat, ciesząc się wspaniałymi widokami nad miastem aż tu nagle… pan kapitan rozwiał nasze nadzieje na szybkie lądowanie i ogłosił mgłę nad miastem i lotniskiem, uniemożliwiającą zejście do lądowania. Mieliśmy zapas paliwa na kolejne dwie godziny i te mieliśmy spędzić w powietrzu szukając okienka pogodowego. Tak się jednak nie stało, bo mgła nie chciała drgnąć nawet na milimetr, polecieliśmy więc do bazy wojskowej, gdzie maszynę dotankowano i… zawrócono do stolicy. O nie!




Kasia: Porządnie zestresowani przygodami poprzedniej grupy oczekiwaliśmy na nasz lot jak na szpilkach. Wiedzieliśmy już, że wylot z Nuuk nie gwarantuje sukcesu, a o wszystkim zadecyduje pogoda nad Ilulissat. I wtedy stało się coś, na co liczyliśmy od samego początku. Udało się! Już za pierwszym podejściem szczęśliwie dotarliśmy do celu naszej podróży.
Nuuk ponownie
Estera: no i tak choć nie chcieliśmy musieliśmy rozgościć się ponownie w stolicy, szybko jednak zorganizowaliśmy sobie ten czas wybierając się na przepiękny rejs na maskonury, było ich mnóstwo, były na wyciągnięcie ręki. Mogliśmy nacieszyć się ich widokiem z bardzo bliska.
Cały kolejny dzień przyszło nam też spędzić w Nuuk, poza muzeami, których jeszcze nie widzieliśmy zamówiliśmy także rejs pod lodowiec, niespodzianką podczas wyprawy był wieloryb i to z bardzo bliska oraz drapieżniki nad nami.
Kolacja znowu pyszna w znanym nam już miejscu.
Rejs na wieloryby
Estera: apetyt mieliśmy wielki, bo skoro na wycieczkach nie na wieloryby widzieliśmy te giganty z całkiem bliska, to co dopiero na rejsie specjalnie zorientowanym na wieloryby? Powinny być wszędzie dookoła nas. I prawie tak było. Piękna rodzinka, najprawdopodobniej mama z maluchem i być może starszakiem były zaledwie kilka metrów od nas. Najbardziej rozczulał nas widok synchronicznie wynurzanych ogonów ale i okręcanie się wokół własnej osi tak by pokazać nam różowiutki brzuszek było przeurocze. To nie koniec wielorybów, w pewnym momencie było ich kilka obok nas, nie nadążaliśmy z bieganiem z prawej burty na lewą.
Kasia: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podczas wcześniejszego rejsu, który nie był wyprawą na wieloryby, kilka tych ogromnych morskich gigantów płynęło wprost w naszym kierunku, wywołując prawdziwą euforię. Nagrania z tego spotkania z pewnością pozostaną jednymi z najcenniejszych pamiątek z całej podróży.
Na rejsie poświęconym obserwacji wielorybów towarzyszył nam doskonale przygotowany przewodnik. Nie zdążył jednak przekazać nam wszystkich przygotowanych informacji, gdy rozległo się upragnione hasło: „Wieloryby!”. Natychmiast wybiegliśmy na pokład, aby podziwiać te majestatyczne zwierzęta, pojawiające się raz po jednej, raz po drugiej stronie burty.






Rejs pod lodowiec
Estera: pierwszy rejs na lodowiec tak nas zauroczył, że powtórzyliśmy go na koniec naszej wycieczki. Było cudnie, z komentarzem bardzo merytorycznym naszego przewodnika była to piękna wyprawa.
Kasia: Podczas rejsu do lodowca Eqi pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa. Towarzyszyły nam deszcz, silny wiatr i ciężkie, nisko wiszące chmury. Na szczęście po dotarciu na miejsce niebo zaczęło się przejaśniać, dzięki czemu mogliśmy podziwiać imponującą ścianę lodowca w pełnej krasie.
Prawdziwie skradł jednak nasze serca wieczorny rejs po fiordzie Ilulissat. Majestatyczne góry lodowe, piękne światło zachodzącego słońca i niezwykła cisza stworzyły atmosferę, którą trudno opisać słowami. To była czysta magia!




Kajaki
Estera: najwięcej frajdy miałyśmy przy przebieraniu się w suche kombinezony, wciąganie wąskich gum na szyję i dłonie to było wyzwanie. Potem równie spektakularne było włażenie i wyłażenie z kajaków, a samo wiosłowanie – cóż byłyśmy przygotowane na pływanie pomiędzy górami lodowymi. Wiatr a nawet mini deszcz trochę pokrzyżowały nam plany, no i trochę podpadł nam pan przewodnik.
Kasia:Oj, był stresik! Tego ranka na lądzie wiało całkiem mocno, więc co chwilę sprawdzałam, czy ze względu na warunki pogodowe nasza atrakcja nie zostanie odwołana. Nic z tego. Lokalni przewodnicy uznali, że warunki są wystarczająco dobre, i mogliśmy rozpocząć wycieczkę.
Najpierw czekało nas zakładanie zabawnych, obcisłych kombinezonów, potem pierwsze, nieco niepewne ruchy wiosłem, aż w końcu powoli ruszyliśmy wzdłuż linii brzegowej. Wiatr trochę pokrzyżował nasze plany, ponieważ nie mogliśmy wpłynąć między góry lodowe. Grenlandia po raz kolejny pokazała nam jednak, że warto cieszyć się tym, co mamy. A mieliśmy naprawdę wiele: zapierające dech w piersiach widoki, bliskość natury i niezapomniane emocje związane z pływaniem kajakiem wśród arktycznych krajobrazów.
Kolacja i zwiedzanie osady
Estera: tu zaliczyliśmy bonus czyli zaćmienie słońca, Grenlandia wymieniana była wśród faworytów jeśli chodzi o najlepsze warunki i nie zawiodła nas. Rzeczywiście efekt był spektakularny. A do tego bardzo ciekawy spacer po mini osadzie a potem pyszna kolacja w stylu grenlandzkim.
Kasia: Najpierw wybraliśmy się na spacer po osadzie, co dało nam okazję do zadania wielu nurtujących nas pytań o życie w tak odległym i odizolowanym miejscu. Potem przyszedł czas na kolację. Spodziewaliśmy się prostego posiłku, tymczasem okazało się, że czeka na nas prawdziwa uczta, pięknie podana i dopracowana w każdym szczególe.




Bufet grenlandzki
Estera: wygrał jednogłośnie halibut z płatkami soli morskiej, ale tuż za nim uplasowały się krab śnieżny i ikra tuszy. Bezkarne objadanie się takimi rarytasami zapamiętamy na długo.
Kasia: Jednogłośnie uznaliśmy, że bufet jest doskonałą okazją, aby spróbować grenlandzkich dań, na które na co dzień prawdopodobnie nie mielibyśmy odwagi się zdecydować. Każdy z nas skosztował więc lokalnego przysmaku, jakim jest matak. Nasze serca skradła aromatyczna zupa rybna, natomiast dla kilkorga z nas prawdziwym wyzwaniem okazał się krab śnieżny, a właściwie dotarcie do ukrytego w nim mięsa.
Trekking do lodowca
Estera: wpadliśmy z marszu na trasę niebieską by przejść 7 km, czas minął nam tak szybko, że nawet nie spostrzegliśmy się, kiedy dotarliśmy do końca szlaku. Pogoda był cudna a widoki niezapomniane.
Kasia: I tutaj pogoda po raz kolejny pokazała nam, że to ona dyktuje warunki. Prognozy zapowiadały piękne słońce, dlatego zaplanowaliśmy wyjście na godzinę 8.30. Kiedy jednak rano wstaliśmy, nad miastem unosiła się tak gęsta mgła, że zupełnie nie było widać ani zatoki, ani kolorowych domków rozsianych po miasteczku.
Postanowiliśmy więc przełożyć godzinę wyjścia, a potem jeszcze raz. Ostatecznie zdecydowaliśmy się rozpocząć szlak od drugiej strony, która dawała nam większą swobodę manewrowania i możliwość zmiany trasy w trakcie wędrówki. Najpierw odwiedziliśmy Centrum Lodowe, następnie kładkami ruszyliśmy w kierunku gór lodowych, by później skręcić na szlak.
Plan był prosty: jeśli pogoda nie pozwoli na dalszą wędrówkę, będziemy stopniowo skracać trasę. Na szczęście czekała nas nagroda. Mgła zaczęła się podnosić, a naszym oczom ukazały się majestatyczne góry lodowe w pełnej krasie. Warto było zaryzykować i wyruszyć na szlak.



Lot powrotny
Kasia: Nad Ilulissat od samego rana świeciło piękne słońce, a na niebie nie było ani jednej chmury. W zasadzie była to pogoda, której nie doświadczyliśmy przez cały tydzień pobytu. Co więc mogło pójść nie tak?
Nasz samolot z Ilulissat miał opóźnienie, przez co nie mieliśmy żadnych szans zdążyć na przesiadkę w Nuuk na lot do Kopenhagi. Alternatywa nie brzmiała zachęcająco: kolejny lot z Nuuk dopiero za trzy dni. Czyżby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy faktycznie odrobiliśmy lekcję o pośpiechu, cierpliwości i potrzebie kontrolowania wszystkiego?
Okazało się, że tak. Na szczęście lekcja została odrobiona. Tę niespodziewaną wiadomość przyjęliśmy ze spokojem, koncentrując się na rozwiązaniu sytuacji, a nie na samym problemie. Udało nam się przekonać pracowników linii lotniczej do zmiany rezerwacji i ostatecznie wróciliśmy do Polski przez Islandię.
Większość z nas wylądowała w Warszawie zgodnie z planem, a trzy ostatnie osoby dotarły do domu w sobotę wieczorem.
Grenlandia
Estera: jesteśmy na tak, to mój drugi raz latem, teraz marzy mi się zima na Grenlandii!










