Ha, mogłabym nawet powiedzieć, że najtańszy. Dlaczego tak myślę?
Skąd w ogóle pomysł na Laponię
Nasza podróż do Rovaniemi dobiega końca. Od zawsze wiedziałam, że to drogi kierunek, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Decyzję o Laponii podjęliśmy w czerwcu, czyli dokładnie pół roku przed planowanym wylotem. Natchnęła mnie do tego informacja LOT-u o rozpoczęciu sprzedaży bezpośrednich połączeń pomiędzy Warszawą a Rovaniemi. By mieć pełen pogląd, porównałam opcje wylotu z Poznania oraz Berlina. Niemcy okazały się bezkonkurencyjne, jeśli chodzi o cenę, a co ważniejsze także pory wylotu i przylotu.

Noclegi: pierwszy moment łapania się za głowę
Czyli bilety i daty były ustalone, teraz przyszedł czas na nocleg. Tu złapałam się za głowę po raz pierwszy. Pokoje rodzinne to niby codzienność w Rovaniemi, destynacji jednak przeznaczonej dla rodzin z dzieciakami. Niestety wybór wcale nie był bogaty, a do tego wszystkie rezerwacje bezzwrotne. W perspektywie utraty kilku tysięcy złotych w przypadku rezygnacji z wyjazdu musiałam zarezerwować hotel i od razu ubezpieczyć nasz wyjazd od kosztów rezygnacji (co zresztą robię za każdym razem).
Transport na miejscu – bez auta ani rusz
Mieliśmy już jak tam dotrzeć i gdzie spać. Lotnisko dzieli od naszego hotelu zaledwie 8 kilometrów, ale w tyle głowy miałam plany na wycieczki poza miasto, czyli wypożyczenie auta było konieczne. Obejrzałam kilka wypożyczalni, przynajmniej ceny aut nie były powalające, a wybór samochodów dość bogaty. Mała i zgrabna Toyota Yaris wydawała się akurat na czterodniowy pobyt w Laponii.




Wioska Świętego Mikołaja za darmo, ale…
Teraz atrakcje: wioska Św. Mikołaja, wstęp do niej jest za darmo. Tyle że w ramach „za darmo” zostaje spacer pomiędzy podświetlonymi domkami. Wszystkie pozostałe atrakcje są płatne, na przykład wizyta u Elfów. Dwa przemiłe elfy informują z rozbrajającym uśmiechem, że u nich w wiosce można odbyć trening na prawdziwego elfa, porzucać woreczkami do celu, złapać renifera z patyków na lasso, czy pozjeżdżać na jabłuszkach z górki, na koniec obowiązkowa gorąca czekolada i pianki z ogniska. To wszystko w cenie 35 eur za osobę i elf był zaskoczony, że nie chcieliśmy opiekać pianek na patyku, my to znaczy dorośli. Manager elfów wydał jednak zgodę na nasze towarzystwo bez uczestnictwa w atrakcjach i tak uradowani po pachy zdobyliśmy certyfikat elfa.
Snowman World, czyli lodowe szaleństwo
W Snowman World nie było dyskusji, płaci każdy, kto wchodzi. Warto to było zobaczyć, zjeżdżalnia na pontonach mała i duża, jazda na łyżwach, lodowa rynna, labirynt z lodu i tu wejście jest ważne przez cały dzień bez ograniczeń. W godzinach szczytu do każdej atrakcji były długie kolejki, ale tuż przed zamknięciem było niemal pusto. Zapomniałam wspomnieć o barze lodowym i rozbijaniu kieliszków o lodowe ściany (kieliszki oczywiście też lodowe).
Spotkanie z Santą – najtańsza atrakcja wyjazdu
Wróćmy do tytułowego Santy, siedzi sobie Jegomość z dala od tłumów, towarzyszą mu elfy i trzeba swoje odczekać, by do niego wejść. I choć samo spotkanie nic nie kosztuje, to nie ma opcji, by uwiecznić ten moment własnym aparatem czy telefonem, za to pani fotograf z wymierzoną w odwiedzających lufą robi w pełni profesjonalne fotografie, a nawet nagrywa filmik, ku zaskoczeniu odwiedzających i przy wyjściu za jedyne 55 EUR można nabyć zdjęcia wersji elektronicznej, za kolejne 40 zdjęcie w okładce za pakiet 90 EUR, czyli naprawdę najtańsza atrakcja jak dotąd. Zostawmy już wioskę, która ma prawo się cenić, skoro jest jedyną taką na całym świecie.

Skutery śnieżne, renifery i husky
Ale Laponia ma jeszcze wiele atrakcji do zaoferowania, na przykład skutery śnieżne. Można wybrać przejażdżkę nimi po lesie, można prowadzić samodzielnie, dostaniecie sprzęt, kombinezon, profesjonalną opiekę opiekuna. Wysoka cena już mniej mi się podoba, ale i tak próbujemy.
Podobnie ma się rzecz z reniferami i husky. Firmy prześcigają się w swoich ofertach, można powozić samodzielnie, można być powożonym i tylko siedzieć w saniach. Można robić to rano albo popołudniem, są też przejażdżki nocne z błyszczącymi obrożami dla psów. Można skorzystać z króciutkich odcinków w wiosce Św. Mikołaja, by mieć wszystko pod ręką, można zapuścić się nawet kilkadziesiąt kilometrów od Rovaniemi, by doświadczyć pustki, zimy na całego i pięknych widoków. Można połączyć husky z reniferami, łowieniem ryb pod lodem, można popływać na kajakach.
Podobnie wyglądają oferty z reniferami, solo, w lesie i na farmie, z karmieniem i głaskaniem albo bez. Trzeba być bardzo uważnym, co zamawiasz i gdzie zamawiasz. Jeśli nie masz własnego auta, a wybierzesz psy albo renifery z dala od miasta musisz domówić transport, co jeszcze podbije cenę.






Uwaga na pośredników i drobny druk
Jak wszędzie także tutaj działa sporo pośredników, którzy na jednej stronie internetowej skupiają wszystkie oferty różnych firm indywidualnych, do momentu wyboru i sprzedaży idzie gładko, gorzej później, bo niektóre atrakcje wymagają specjalnego przygotowania, stroju, przybycia na kilkanaście minut przed czasem, o tym nie informuje pośrednik, a firma organizująca nie ma do nas bezpośrednich namiarów.
Drogo? Tak. Warto? Zdecydowanie
Mimo całkiem pokaźnej kwoty, którą zostawiliśmy za naszą piątkę w Rovaniemi, wracamy bardzo zadowoleni. Śnieg i prawdziwa zima były w gratisie, nikt nie oczekiwał od nas zapłaty. Dwa pierwsze dni przywitały nas siarczystym mrozem, kolejne dwa to już dużo niższe temperatury. Śnieg padał przez cały czas naszego pobytu, świat wyglądał bajkowo, do tego krótki dzień i ciemności, które tylko potęgowały magię milionów światełek w całym mieście i w wiosce Św. Mikołaja.
Rovaniemi to pewnie jednorazowa przygoda ze Św. Mikołajem, ale niezapomniana.



