Szykuję właśnie nową trasę
Jestem w nowym dla siebie miejscu i przecieram szlak. Mam oczy i uszy szeroko otwarte. To czas na zbadanie terenu, sprawdzenie kontrahenta, bazy hotelowej i restauracji.
Takie wypady zazwyczaj robię z zaufaną grupą Podróżników, ale wykorzystuję także wyjazdy prywatne do przeczesywania terenu, za każdym razem przywożę inspiracje, które wcześniej lub później pojawiają się w ofercie ESTA Travel.
Nie inaczej jest tym razem, choć nieco trudniej. Kraj dość trudny, osobliwy i odmienny. Do tego kontrahent nie ma żadnych doświadczeń w pracy z polskimi grupami. Jak się okazało, pracował wprawdzie raz z Polakiem, ale nie jego przewodnik, który teraz jest ze mną.
Kraj arabski
Tu pojawia się pierwsze wyzwanie, bo ciężko się rozmawia się kimś, kto nie patrzy na Ciebie i niekoniecznie słucha, bo że słyszy, to mam pewność. Posiłkuję się Mężem, który staje się przekaźnikiem informacji. Czyli jak o coś poprosić to Mąż, jak zmienić plany to Mąż, jak przestawić godziny zwiedzania to Mąż… Co za życie.
Puszka coli
Przetarcie szlaku to także czas na rozmowy o naszych krajach, odmiennych zwyczajach i kulturze. Jedziemy sobie samochodem, nasz przewodnik siedzący z przodu kończy pić colę z puszki, uchyla okno samochodu, stawia pustą puszkę na dachu, a wiatr natychmiast porywa ją i dorzuca do sterty niekończących się śmieci ciągnących się wzdłuż drogi od pierwszego dnia naszego pobytu. A że puszka to nie pierwszy taki wybryk, reaguję. Delikatnie zaczynam rozmowę, że to jedna z różnic, która na pewno nie przejdzie niezauważona w naszych grupach. Przewodnik zdziwiony, ja brnę dalej, pokazuję śmieci na prawo i na lewo, rozwijam się, przewodnik słucha mnie z otwartą buzią, po chwili zaczyna kiwać ze zrozumieniem głową, a na koniec nawet przyznaje mi rację. Okazuje się, że urodzony w tej kulturze wcale nie był świadomy tej ilości śmieci dookoła, zawsze tak tu było i nie może sobie wyobrazić, że to nam przeszkadza.
Temat śmieci przerobiliśmy, na miękko, opowiedziałam o Polsce sprzed lat, sprzed segregacji śmieci, itd. Zrobiło się znowu miło.
Aż do obiadu…
Nasi panowie wybrali dla nas lokalną restaurację, trochę na nasze życzenie, bo nie mieliśmy ochoty jeść w hotelu. Restauracja ani nie wygląda, ani nie rokuje, ale się nie zrażamy. Panowie wprowadzają nas od tyłu, co z zasady jest błędem, bo niestety widać jak wygląda kuchnia i tyły restauracji. Omijam to szybko wzrokiem, myję ręce i siadam… no właśnie gdzie, a no na podłodze, na dywanie, a stół z jedzeniem pojawi się za chwilę także na podłodze. Już wiem, że to może być kłopot przy grupach, nie każdy lubi i potrafi siąść skrzyżnie i wytrzymać tak nawet pół godziny. A do tego posiłki jada się tutaj ręką, jedną i to zawsze prawą, a na tacach pojawiają się chleb (wielkie – trzeba je porwać na mniejsze kawałki), ryż (to wyzwanie z kategorii zaawansowanych), kurczak, ryba, sos z warzywami.
Przy okazji pojawiają się opowieści o sztućcach, talerzach i siedzeniu przy stole. Przewodnik znowu kiwa dziwnie głową, stara się zrozumieć moje obawy, czasami dopytuje nawet dwa razy, czy mnie dobrze zrozumiał. Mamy poważne wyzwanie z jedzeniem.
Mlaskanie i inne dźwięki
Skoro już tak sobie szczerze rozmawiamy, to mój przewodnik całkowicie zaskakuje mnie pytaniem, czy jak oni, czyli (miejscowi) tak sobie mlaszczą, cmokają to mi to przeszkadza, czy nie.
Szybko analizuję sytuację:
- Jak odpowiem, że nie – to skłamię, i czeka mnie kolejnych 5 dni wypełnionych mlaskaniem, bekaniem, pocmokiwaniem… Mało tego, narażę swoje grupy na taki sam pokaz naturalności przy stole.
- Jak odpowiem, że tak – to mogę urazić moich Gospodarzy i nie wypadnę na zbyt miłą.
Chwila aż mnie boli, ale sytuacja wydaje mi się na tyle ważna, że jednak odpowiadam, że mi to przeszkadza. Przy okazji pada pytanie także o wypluwanie na stół cząstek jedzenia czy obcmokanych kości. Tu już bardzo stanowczo zapewniam go, że jest to nieakceptowalne. Na sam koniec pada jeszcze pytanie o inne dźwięki nieobce nikomu… zaczyna się robić bardzo ciekawie.
Paznokieć kontra katar
Śmieci przerobiliśmy, jedzenie mamy omówione, do wielu dość osobliwych i jednak intymnych pytań dołączył jeszcze długi jeden paznokieć, których wielu panów pielęgnuje, by sobie podłubać w uchu, w nosie (naprawdę po to go mają), na jednym wdechu szybko odpowiadam, że tego też nie lubię.
Przewodnik widząc siebie na straconej pozycji, pyta jeszcze tylko o dmuchanie nosa, a tak się składa, że jest chory. I oczywiście nie mam nic przeciwko temu, że dmucha nos w chusteczki, ale już spluwanie co jakiś czas zalegającego kataru wzdryga mnie z każdym dniem coraz bardziej. Na szczęście sama też mam katar, i zanim ja udzielę jakiejkolwiek odpowiedzi, mój przewodnik zadaje mi pytanie, które wybawia mnie z opresji: co ja robię z moim katarem? Sam podpowiada mi odpowiedź: łykasz to wszystko? Cóż było robić, musiałam się do tego przyznać, no bo to prawda za prawdę. Chyba przebiłam niechęć do paznokcia jego niechęcią do mojego kataru…
Wspólny stół
Idziemy dalej, przed nami kolacja. Zdziwicie się, kiedy Wam napiszę, że po raz pierwszy zajadaliśmy się lokalnymi przysmakami, siedząc nadal na podłodze i jedząc ręką, ale moi Koledzy jedli zdecydowanie ciszej, jakoś bardziej elegancko, i po raz pierwszy nie zostawili po sobie śmietniska.
Jak będzie następnym razem, zobaczymy. Jak będzie, kiedy wrócę tu z grupą, też zobaczymy. Ale między innymi takie różnice kulturowe są często przyczyną oddzielnych stołów dla naszych Gospodarzy. Nierzadko kierowcy, przewodnicy, ochrona mają swoje stoły, często nawet pomieszczenia i prawie zawsze własne ulubione dania, jedzą bez nas.
Ja osobiście uwielbiam jadać wspólnie i często podejmuję próby wspólnego stołu, choć z perspektywy czasu muszę przyznać się do kilku porażek i kilku zupełnie nietrafionych pomysłów na integrację dwóch światów.
W poszukiwaniu autentyczności
Najbardziej mi zawsze żal lokalnych dań i oryginalnych, autentycznych smaków, które nam bywają oszczędzane, a są bardzo ciekawe. Choć i tu bywają wpadki albo niespodzianki zbyt duże, by je znieść godnie. Baranie podroby, zastygły łój kozi, gruby kożuch z wielbłądziego mleka, głowa koguta, oczy ryby, i inne wynalazki chłodzą skutecznie moje zapędy w poszukiwaniu autentyczności.
Czasami przesuwam granice, zarówno w stronę naszego, jak i obcego świata.
