Wakacje były… za długie
Mam nauczkę, tym razem ostateczną. Nie każde miejsce, którego jeszcze nie widziałam i tam nie byłam nadaje się na wspólny cel wakacyjny z rodziną. Tak było niestety tym razem na Wyspach Św. Tomasza i Książęcej.
Szczere podsumowanie wyjazdu dało mi do myślenia. Moja Rodzina zgodnie stwierdziła, że wakacje były… za długie. Wyobrażacie sobie takie podsumowanie wyprawy?
Niestety muszę się z nimi zgodzić.





Afryka nie jest łatwa ani oczywista. Mamy już własny dorobek doświadczeń, w tym także afrykańskich.
Nie da się ograć niczym biedy na wakacjach.
I nawet najlepszy hotel (a w takim spędziliśmy na wyspach aż 3 pełne dni, i każdy z nas czuł się tam jak w raju) nie jest w stanie zatuszować tego, co jest tuż za płotem. O ile chcesz to widzieć i jesteś jak my turystą niezależnym, który ma swoje wypożyczone auto i mimo wielu przestróg i zniechęcania przed stanem dróg oraz niedostępnością atrakcji uparcie dociera, gdzie chce.






Wakacje to też jedzenie
Przynajmniej dla nas, i choć nie byliśmy tam głodni i zdarzały się perełki na talerzu, a nawet kolacje, czy zestawy degustacyjne, to Lizbona, przez którą wracamy do domu i zatrzymaliśmy się na dwie ostatnie noce okazała się być rajem kulinarnym z najprostszymi rozwiązaniami, począwszy od śniadania z fenomenalną (choć pewnie Lizbończyk powiedziałby tutaj normalną) kawą, bułkami na chlebie z zakwasem, czy parówką albo szynką. Na Wyspach nie ma mięsa, to znaczy pojawia się ale bardzo sporadycznie. Nabiał też rzadkość, nawet mleko do kawy rano to wyczyn. Choć stragany uginają się od pysznego maślanego awokado, obok leżą pomidory, ogórki, wspaniałe mango, cudna papaja, fioletowe mangostany to zestaw śniadaniowy ogranicza się do ananasa, arbuza i papai. Ani razu nie podano nam na śniadanie bananów, a jeżdżąc po wyspach macie tylko wielkie krzewy bananów i kakaowce. Nie byliśmy głodni, ale zmęczeni monotonią jedzenia. Menu dla dzieci? A co to takiego?








Ludzie
Broniłam ich długo, chciałam widzieć ich dobre strony, niestety przesiąkli Afryką na wskroś. Pieniądz, liczy się tylko, ile z tego będę miał. I nagle pojawiasz się Ty jako turysta samodzielny, obyty, doświadczony, wiedzący, czego chcesz i okazuje się, że już tak bardzo Ciebie nie lubią, bo zbyt wiele wiesz. A oni chcieliby sprzedać Ci samochód za 120 EUR za dzień, a Ty z lekkością znajdujesz takie samo auto za 60 EUR za dzień, z podwózką i bez łaski. Łódka na wyspę za bagatela 150 EUR za osobę, rekomendowana wycieczka całodniowa, bo inaczej się tam nie dotrze. Trochę racji mieli, bo droga autem zajęła nam sporo czasu i była karkołomna, ale dało się, poza nami widzieliśmy sporo turystów i z przewodnikami i bez, którzy przemierzali tę samą drogę, czyli dało się. A na miejscu bez problemu znaleźliśmy pana kapitana, który zawiózł nas na wyspę swoją łodzią rybacką za bagatela 10 EUR za osobę.
Język
Nie znasz portugalskiego to się nie dogadasz. Nawet w recepcjach tych najlepszych hoteli. Co to były za wygibańce, by się z nimi dogadać. Pomocny był hiszpański, czasem nawet włoski. Angielski tylko w pojedynczych przypadkach. Nie brakowało śmiesznych sytuacji: zamawiasz na śniadanie owsiankę (porridge na p, a dostajesz inne danie z karty na p czyli poached eggs – jajka w koszulkach. Zamawiasz mleko do kawy, przychodzi jejecznica – tego nijak nie wytłumaczę. I uwaga nie chodzi o zwykłych mieszkańców na wyspie, mowa o ludziach w turystyce, którzy są obok nas.
Mieliśmy jedną niebezpieczną i przykrą sytuację
Wrócilismy na Wyspę Sao Tome, mieliśmy zamówiony transport hotelowy z lotniska do hotelu. Spakowaliśmy walizki i naszą czwórkę (ja i dzieciaki) i pojechaliśmy do hotelu busikiem. Znamy tę wyspę już dobrze, odległości są niewielkie. Maciej czekał na wypożyczone auto, pan miał je podstawić na lotnisku, samolot przyleciał zbyt szybko. Ruszył pół godziny po nas. W drodze z lotniska do hotelu ostatni odcinek już za szlabanem i i z tabliczką „własność prywatna”. Przy drodze kilku chłopców z procami, zwyczajowo poluje się tutaj na ptaki i na nietoperze, każdy chodzi z procą, ale nagle kamienie i to całkiem spore nieprzypadkowo trafiają w szybę naszego samochodu. Cała tylna szyba jest wybita, kawałki szkła sypią się na wertepach do bagażnika i na zewnątrz. Maciej się nie zatrzymuje, dociera do hotelu. Jest zdenerwowany. Manager (Portugalczyk) nawet nie bardzo kwapi się, by zejść i zobaczyć szkodę, rozkłada ręce, wzbrania się przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, nie wyrywa się do pomocy. Szybko pojawia się wątek depozytu i zwrotu kasy. Najchętniej bez policji, bez raportu, bez odpowiedzialności. Chcemy wierzyć, że to tylko wybryk chuligański, ot szczeniacka zabawa chłopców z wioski, ale tu wszyscy wszystkich znają, każdy wie co się wydarzyło, jesteś Gościem, nie masz żadnych praw.


Łatwo przesiąknąć Afryką
Łatwo stracić kontakt ze „starym” światem. Poznaliśmy na miejscu managerkę z Brazylii zarządzającą i uzdrawiającą działanie hoteli jednej z sieci. Przesympatyczna, rzeczowa, konkretna. Jest tu sama już kilka lat, planuje kolejnych kilka. O Brazylii nie mówi już jak o domu. Mieszka w miasteczku, nie dopytywałam gdzie, ale bywaliśmy tam kilkukrotnie, i nie wypatrzyłam ani jednego miejsca na nocleg godny dziewczyny z Brazylii. Poleciła nam swoją ulubioną knajpę w miasteczku. Byliśmy, ja bym jej nie poleciła nikomu, tym bardziej, że następnego dnia odkryliśmy inną, też lokalną ale o niebo lepszą. Szybko można wtopić się w rytm wysp, żyć jak oni.
Tu do życia niewiele potrzeba
Domy na palach, drewniane, kryte blachą falistą. Rodziny wielodzietne, kobiety albo z dziećmi, albo w ciąży, albo przy studni, gdzie zbierają wodę do butelek, baniaków, kanistrów a potem na głowach, w rękach noszą do domu. Życie zaczyna się ze wschodem słońca i o zachodzie się kończy, 5:30-17:30 tyle trwa życie na równiku. Pije się od rana, auta wysłużone, lepsze są motorki. Zakupy na targach, dostęp ograniczony. Nie ma za co zarabiać pieniędzy. Są wielkie plantacje kakao czy bananów, ale właścicielami są biali, którzy wymagają, gonią do roboty, mają swoich pupilków. Sami pracują na plantacjach, nie da się obijać, oszukiwać, nie robić nic i odbierać kasę. Trudny układ. Tylko niektórzy mają buty, spodenki, koszulki, bez bielizny, bez dodatków. Dziura goni dziurę. Ozdobą są włosy, z wplecionymi warkoczami, doczepami, pięknymi ozdobami. Takich koralików, kwiatków, pomponików nie widziałam do tej pory nigdzie w Afryce.







Zwierzęta na wyspach to psy
Oczywiście wszystkie takie same, jest ich mnóstwo, w stolicy okolczykowane, może wysterylizowane, gdzie indziej samopas. Widzieliśmy psiaki pokaleczone, obskubane, zapchlone. Niestety wielokrotnie też wychudzone i męczone. Podobny los dzielą świnie, jest ich tutaj sporo, mnożą się i biegają samopas. I choć są urocze to żywot ich tutaj do sielskich nie należy. Kurczaki, małe chude, ale cenne bo znoszą jaja, na mięsko nie ma co liczyć, wybiegane do ostatniej żyłki.
Atrakcji na wyspach jest sporo
Nie są oznakowane ani opisane, trochę trzeba macać na bieżąco. Da się sporo zobaczyć, na każdym skrzyżowaniu znajdzie się jakiś samozwańczy przewodnik. Musisz liczyć na siebie i wiedzieć, że trzeba mieć buty do wody, albo pelerynę na deszcz, w tunelach przyda się latarka, na końcu wspinaczki potrzebna będzie lina. Nie licz, że ktoś Ciebie do tego przygotuje. Dla nich nie trzeba nic, po prostu nic.
Dwóch wielkich ludzi
Mieliśmy okazję spotkać dwóch wielkich ludzi, Włocha prowadzącego fabrykę najlepszej czekolady na świecie, i to było przeżycie, wizyta u niego w laboratorium, słuchanie opowieści o jego życiu, idealnie nadającej się na film, to było piękne. Innym pasjonatą okazał się szef kuchni, samouk, którego dań mieliśmy okazję spróbować podczas lunchu degustacyjnego. Mieszka z rodziną na końcu świata, realizuje się gotując i prowadząc warsztaty kulinarne, nie rozważa przeprowadzki.



Chcę wrócić
Wróciłabym z pewnością na wyspy, bo ja lubię afrykańskie klimaty. Dawno nie widziałam tak cudnej zieleni, las pierwotny, las deszczowy, cudna roślinność, fenomenalna przyroda. Raj dla ptakolubów, wszędzie sporo różnych odmian ptaków. Zaplecze hotelowe wspaniałe ale i bardzo drogie. I w nawet tych najlepszych znalazłoby się parę niedociągnięć, ale z zestawieniem tego co ma się za płotem to naprawdę błahostki. Bezpieczeństwo, nie mieliśmy żadnych obaw aż do zdarzenia z procą, trzeba jednak uważać, i choć to podobno pierwszy taki przypadek, położył się cieniem na odbiór miejscowych i ich zamiarów względem nas przyjezdnych.












Wyszliśmy poza schemat zwiedzania
Mimo wszystko nie żałuję, że wyszliśmy poza schemat zwiedzania zorganizowanego w sztywnych ramach narzuconych przez miejscowych. Daliśmy sobie szansę, żeby zajrzeć od drugiej strony sceny i zobaczyć jak działa ten mechanizm. Pytaliśmy, choć często nie byliśmy rozumiani, to przez tych kilka dni znaleźliśmy sami odpowiedzi na nasze pytania. I nie byliśmy tacy zupełnie sami na tych wyspach. Zaskoczyły nas rodziny z dzieciakami, które podobnie jak my wybrały ten kierunek na odpoczynek, byli Szwajcarzy z trójką dzieciaków, Portugalczycy – aż dwie duże pięcioosobowe rodziny. Mijaliśmy się z parą Niemców, spotkaliśmy także Francuzów i Włochów.
Za rok Tajlandia
Decyzją Rady Rodziny następne wakacje spędzimy w… Tajlandii.



