Pamiątki z podróży

Obrusy – moja obsesja

Często w podróży słyszę, że skoro wyjeżdżam tak często, to na pewno już nie kupuję i nie zwożę do domu żadnych pamiątek. Nic bardziej mylnego. Shopping w podróży to często bardzo ważny element wyjazdu. Są kraje, gdzie obkupić się można od stóp do głów, ale są i takie, gdzie nawet magnesików nie mają.

Kiedyś moją obsesją były obrusy, nazwoziłam ich z całego świata całą szafę. Wlokłam je z krańców wszystkich kontynentów. Teraz prezentują się wyjątkowo przy okazji różnych uroczystości domowych i za każdym razem znajdują uznanie moich Gości. Najbardziej kolorowe przywiozłam z Peru. Bardzo typowe w paski i obowiązkowo lamy, są mocnym akcentem kolorystycznym.

Koronki i piękną bawełnę przywiozłam z Kuby. Do dzisiaj w tym samym miejscu na plantacji trzciny cukrowej są stoiska, gdzie na sznurach powiewają niczym rozpięte żagle wielkie śmietankowe i białe obrusy. Kolekcję obruso-batików mam też z Afryki. I choć wyjeżdżam zawsze z mocnym postanowieniem, że nie powinnam zwozić kolejnych materiałów, zawsze upchnę jakiś w walizce. Czasami jestem nimi obdarowana przez moich kontrahentów. Wygodna wymówka. Ostatnia zdobycz przyjechała jako prezent od kontrahentki z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Innym „prezentem” z podróży jest oczywiście biżuteria. I tu aż wstyd się przyznać jaką obszerną kolekcję uzbierałam. Na szczęście jestem choć trochę usprawiedliwiona, bo lubię etniczne rzeczy i noszę je na co dzień. Ale nie brakuje wśród zdobyczy rzeczy, które są zupełnie niepraktyczne, nabyte pod wpływem chwili, albo by wspomóc miejscowych. Tych czasem po prostu nie da się nosić u nas w Polsce.

Zrobiłam podsumowanie zeszłorocznych zdobyczy.

Kategoria nieprzemyślane: tu wygrywa sznur, żeby jeden, kilkanaście sznurów korali zakupionych na straganie u Kalaszy w Pakistanie. Plemię to nosi się bardzo kolorowo, a kobiety mają piękne korale. Ich dominującym kolorem jest pomarańcz. One same, ciemnowłose i pięknie opalone idealnie pasują do tych ozdób. Nie mogłam się oprzeć. Kiedy zobaczyłam korale na jednym ze straganów, zapragnęłam je mieć. No i od myśli do czynu nabyłam pęk korali. Jak się później okazało – koralików nanizanych na zwykłą nitkę. Niestety o ich solidności przekonałam się dość szybko, kiedy znoszone nitki pękły mi już przy pierwszym noszeniu korali i potok maleńkich kolorowych kuleczek rozsypał się po całej podłodze. Poza tymi, które kupiłam, jeden sznur dostałam prosto z szyi jednej z pań, która zrobiła całkiem dobry biznes z naszą grupą i z wdzięczności zdjęła własne korale i nałożyła mi na szyję. I tak posiadam cały pęk pakistańskich koralików.

Kategoria absurdalne: tu mam tylko jednego faworyta. Podczas zeszłorocznego pobytu na Grenlandii z moimi Przyjaciółkami zwiedzałyśmy Nuuk, przecierając szlak dla przyszłych grup. Stolica wbrew naszym oczekiwaniom nie miała aż tak wielu atrakcji, a poza tym pogoda pokrzyżowała nam plany wycieczek. By zająć sobie wolny darowany czas, wybrałyśmy się na spacer po miasteczku. Kiedy odwiedziłyśmy już wszystkie sklepy z pamiątkami, były całe trzy, rozejrzałyśmy się po okolicy, by wypatrzeć inne miejsca. Natrafiłyśmy na sklep z odzieżą, tu nic nas nie porwało. Ale tuż obok był sklep z artykułami domowymi, od desek do krojenia do pięknych filiżanek. Jednym słowem: mydło i powidło. Snułam się między półkami, ale nie było tam nic szczególnego, aż do momentu, kiedy na jednej z półek wypatrzyłam…wyciskarkę do cytrusów. Oszalałam, o takiej marzyłam od dawna. Widziałam niegdyś bardzo podobną w jednej z profesjonalnych kuchni i od tej chwili zapragnęłam, by taką mieć. A tu, na Grenlandii, przede mną leżała wyciskarka w dwóch rozmiarach: do cytryn w pięknym zielonym kolorze i do pomarańczy duża i mocna. Zdobycz dumnie panoszy się w mojej kuchni, choć z Grenlandią nie ma nic wspólnego. To na pewno najbardziej oryginalnie niezwiązana pamiątka z podróży z miejscem, skąd pochodzi.

Kategoria: zaskakujące

Indie, wydanie lux, na sam koniec trasy docieramy do Varanasi. Mieszkamy tam w pięknym hotelu nad samym Gangesem. Jest bardzo stylowy, niegdyś pałac, teraz hotel zaadaptowany dla potrzeb turystów. Już przywykliśmy do małych i ciasnych korytarzy, braku widoku za oknem, maleńkich pokoi. Ale to wynika z lokalizacji i specyfiki tegoż miejsca. Za to obiekty te wiedzą, jak dbać o Klienta. Na wejściu każdy z nas dostał zaproszenie na darmowy masaż stóp. W pokoju czekała nas tacka z owocami i małe pralinki, obowiązkowa kawa i herbata. W małym koszyczku leżały także dwie małe serwetki w kolorze turkusu z mini karteczką i notatką, że to pamiątka i prezent dla nas znad Gangesu. Miłe to, a serwetki bardzo urokliwe. Nocowaliśmy w tym miejscu dwie noce, kolejnego dnia, kiedy wróciliśmy z wycieczki popołudniem w tym samym miejscu na szafeczce stał mały srebrny garnuszek. Pękaty z czerwoną nitką kojarzył mi się z pojemnikami w świątyniach. Nie skupiłam się na nim od razu. Ale gdy rozsiadłam się na wygodnej kanapie z filiżanką kawy w ręce, wzięłam do ręki naczynko. Dołączona była do niego karteczka: święta woda z Gangesu. Pamiątka z Varanasi ze specjalnym przesłaniem pomyślności w podróży.

Taki dzbanuszek dostał każdy Gość tego hotelu. Ujął mnie pomysł, ale i oryginalność prezentu. Dzisiaj stoi dumnie obok przewodników na naszym regale w biurze.

Ale z nim była też inna historia, kiedy wracaliśmy po pamiętnym odwołanym locie i długiej 16-godzinnej podróży autobusem najpierw do Delhi, a potem samolotem do Polski wielu z nas w Warszawie przesiadało się na doloty do swoich miast, musząc przejść kolejną kontrolę bagażową. Byliśmy już wszyscy umordowani, ale nadal w bardzo dobrych humorach. Jak zwykle prześwietlanie, wyjmowanie laptopów, dyskusje na temat płynów i nieśmiertelna woda. Małgosia, która wracała wraz ze mną i stała w kolejce obok została poproszona przez pana pogranicznika o wyjęcie buteleczki z wodą, którą wrzuciła w samolocie do torebki. Zdarza się, chwila – odruch, woda została zatrzymana przez pana. Torebka przejechała kolejny raz skaner. A pan nadal czegoś szukał. Zamarliśmy w bezruchu, kiedy pan wyjął z czeluści torebki damskiej… pojemniczek z wodą. To był TEN pojemniczek.

Zapytał głośno:

– A tu co tu jest?

Małgosia zgodnie z prawdą odpowiedziała głośno, ale i zadziornie:

– A tu proszę pana jest woda z Gangesu!

Parsknęliśmy wszyscy grupą gromkim śmiechem. Czekaliśmy na decyzję Pana o tym, czy ma Ją wyrzucić, czy jednak wypić. Czar słowa Ganges podziałał jak trzeba, woda przeszła kontrolę i doleciała szczęśliwie do Wrocławia.

Cdn.