Ewakuacja lotniska
Temat tego wpisu pojawił się zupełnie niespodziewanie. Otóż, ku własnemu zaskoczeniu, po raz pierwszy odkąd podróżuję po świecie samolotami, a to już 29 lat, przeżyłam ewakuację lotniska.
I to w zupełnie najmniej egzotycznym miejscu, bo na Okęciu w Warszawie, czyli u siebie, Nic nie zapowiadało czegoś nadzwyczajnego. Krótki lot z Poznania do Warszawy, w przeddzień (na szczęście!) lotu z grupą dalej. Wyjątkowo szybko udało mi się odebrać bagaż i kiedy szłam już do wyjścia, pierwsze z nich zamknięte było taśmami, przy drugim stał tłum ludzi, który stale się powiększał o nowych pasażerów z bagażami chcących wyjść z lotniska.
Niestety nie było żadnej informacji, co się dzieje, megafon tylko podawał nudne zapowiedzi o niepozostawianiu bagażu bez opieki. Nie było też nikogo z obsługi naziemnej, kto poinformowałby nas, co się stało. Internet wie jednak wszystko. Na portalu TVN24 znalazłam szybko wpis sprzed kilku minut, że na Okęciu trwa właśnie ewakuacja lotniska wskutek pozostawionego bagażu bez opieki. Ekipa pirotechników jest już na miejscu. Paraliż. Czekaliśmy tak niemal dwie godziny. Obok nas mamy z malutkimi dziećmi, ludzie z psami, załogi z kilku maszyn. Wreszcie otworzono wyjście, i teraz cały ten tłum ustawił się w kolejkach do Ubera, Taxi, czy Bolta. Ruch na lotnisku wstrzymany, żadne auta nie mogą wjechać na teren lotniska, to z pewnością chwilę potrwa.
Nie było wprawdzie spektakularnie jak w filmach, po prostu tłum z wewnątrz przeniósł się na zewnątrz. Po kilkunastu minutach nadjechały pierwsze taksówki, za nimi kolejne. Dotarłam na umówione miejsce z niemałym opóźnieniem, straciłam tylko pogaduchy i kawał dobrej kolacji, ale na szczęście nie miałam zaraz po moim przylocie kolejnego lotu albo pociągu, na który bym nie zdążyła. Ku przestrodze!
Wypadek w drodze na lotnisko i cenne 4 minuty
Nie tak całkiem dawno temu i to też w Warszawie na samolot nie dojechała jedna z naszych Koleżanek. Choć zaplanowała wszystko z dużym zapasem nie mogła przewidzieć, że na jednej z tras dojazdowych będzie wypadek, który całkowicie zablokuje i sparaliżuje ruch. A że Koleżanka stała już w takim miejscu, że nie mogła się ani wycofać, ani jechać w bok – musiała czekać, czas biegł nieubłaganie, Jej pierwszy sms nie wzbudził jeszcze niepokoju, miałyśmy zapas czasu. Musiałam odprawić grupę, nadać bagaże. Sytuacja na trasie nadal bez zmian, poinformowałam panią w odprawie, co się przytrafiło. Przyjęła do wiadomości, ale zgodnie z zasadami lotniskowymi wyznaczyła ostateczną godzinę, do której może czekać na bagaż, potem już niestety nie uda się nam dołączyć do lotu. Sytuacja patowa. Koleżanka dotarła na miejsce 4 minuty po czasie, odbiła się od pustego już stanowiska odprawy. Ja próbowałam jeszcze zawalczyć przy bramce z szefem lokalnej linii, na próżno. Ostatecznie musiała kupić sobie nowy bilet i doleciała do nas późnym wieczorem.
Awaria pociągu i wyścig z czasem
Jeszcze inna historia i też z Warszawy. Tym razem lecieliśmy razem grupą do Afryki. Jedna z Koleżanek wybrała pociąg IC, by jak najszybciej dotrzeć do stolicy. Miało być szybko i bezpiecznie i było, ale do czasu. Pociąg się zatrzymał w polu, w wyniku usterki nie mógł jechać dalej. Najpierw prognozowano szybką naprawę usterki, potem jednak nadzieja stawała się coraz mniejsza. Poza naszą Koleżanką było w pociągu kilka osób muszących zdążyć na ten sam samolot. Wybawieniem okazała się stewardessa, która musiała dołączyć na czas do pracy. Pan konduktor przez megafon w pociągu zbierał wszystkich pasażerów jadących na Okęcie i taksówką podczas szaleńczej jazdy udało się dojechać na lotnisko, tutaj szybkim przejściem i biegiem do bramki. To był prawdziwy wyścig z czasem.
Moja najbardziej niezwykła historia też dotyczy pociągu, relacja Poznań – Warszawa, szybki pociąg, niezbyt wielu pasażerów, środek dnia. Nagle zupełnie niespodziewane ostre hamowanie, świst hamulców. Czekamy na informacje, co się stało. Mamy najgorsze myśli, nikt nie obstawiał jednak, że na torach będzie stado krów. Beztroski gospodarz nie zamknął pastwiska i jego zwierzaki weszły na tory, z pociągiem nie miały żadnych szans. Uprzątanie szkód i przywrócenie ruchu zajęło kilka godzin. Pasażerowie skrzyknęli się w grupki i zamawiali kolejne taksówki, by dotrzeć na czas do Warszawy.
Szalony bieg w stolicy Brazylii
O mały włos spóźnilibyśmy się na samolot w Brasilii, stolicy Brazylii. Bardzo lubię to miasto i niegdyś planowałam kilkugodzinny przystanek na zwiedzanie. W drodze z Rio do Manaus mieliśmy 8 godzin na zwiedzanie stolicy z przewodnikiem. Raz jednak coś poszło nie tak, korek w miejscu, w którym nie powinno go być, a tu wszystko wyliczone na minuty. Walizki wprawdzie nadane, ale my z niemałym bagażem podręcznym, niektórzy nawet z małymi walizeczkami na kółkach… I choć lotnisko było już widać na wyciągnięcie ręki, to pasy w obie strony były całkowicie zablokowane, do dzisiaj nie wiem z jakiego powodu. Cóż było robić, wysiedliśmy i biegliśmy na przełaj, przechodząc najpierw przez wysokie krawężniki oddzielające pasy od siebie, potem musieliśmy pokonać ukwiecone rabaty, które dopiero co były podlewane, a na koniec niski płotek. Wyglądaliśmy z pewnością widowiskowo, pędząc pod prąd na i tak stojącym pasie pełnym aut i autobusów. Zdążyliśmy!
Mniej szczęścia w Rio
Mniej szczęścia mieliśmy w Rio de Janeiro, musieliśmy zmienić lotnisko, by z lokalnego przedostać się na międzynarodowe, czas się skracał, a kilometrów nie ubywało. I choć wszystko zaplanowane było z rezerwą czasu, to musiałam pogodzić się z myślą, że będzie bardzo na styk. Wymyśliłam, że zadzwonię na lotnisko i poinformuję, że grupa już jest w drodze. Linie nie widziały nas w systemie jako lotów łączonych, niby przyjęły informację. Ja jeszcze w autobusie odprawiłam nas wszystkich, by usprawnić procedurę lotniskową, na nic to. Kiedy wpadliśmy na lotnisko, stała tam tylko jedna Pani, która od razu widząc cała grupę zmierzającą do okienka machała rękami, dając nam jasny sygnał, że jest za późno i na pewno nie polecimy. I nie polecieliśmy, musieliśmy czekać kolejne dwa dni na wolne miejsca w samolocie.
Krucho z czasem w Ugandzie
Równie krucho z czasem było w Ugandzie. Afryka jest nieprzewidywalna, ale kiedy nasz kierowca miał już kropelki potu na czole i skupiony przestał ze mną rozmawiać, wiedziałam, że sytuacja jest krytyczna. Dojazd na lotnisko tego dnia ciągnął się jak nigdy, kilka patroli policji, kontrole połączone z wychodzeniem z busa i wyjmowaniem bagaży, kontrola paszportowa, a to dlatego, że za nami jechać ma pan prezydent i trzeba było sprawdzać każde auto. Ostatni odcinek trasy biegliśmy z naszymi bagażami głównymi. Nie było chwili na wymyślenie innego sposobu. Zdążyliśmy!
Ślizgiem pod sznur w Windhoek
Na ładne oczy za to trzymałam sznur w Windhoek przy odprawie linii Qatar Airways, dotarliśmy na miejsce 2 minuty po czasie. Zostawiłam swój bagaż kierowcy i sprintem pognałam do odprawy, i jak w filmach widziałam panią ze sznurem, który miał właśnie zawisnąć na specjalnym słupku, by zakończyć odprawę. Wślizgiem wpadłam pod sznurek, przejmując jego końcówkę z niebiańskim uśmiechem prosząc o minutkę dla mojej grupy. Nasze oczy spotkały się w powietrzu i to był ten moment, który ważył tonę. Pani delikatnie uśmiechnęła się, widząc mnie w desperacji. Grupa nadbiegła, polecieliśmy. Nie robię już safari w ostatnim dniu przed lotem z nadzieją, że zdążę na samolot. Nie pamiętałam, że w Windhoek jest tyle świateł i że każde będzie czerwone…
A ja już mam kolejny pomysł na wpis, tym razem będzie o paszportach.


