Pierwsze kroki i pierwsze nadzieje
Nie do końca wiedziałam, czego możemy się spodziewać podczas przetarcia szlaku na Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Pierwsze kroki stawiałam także w tutejszych restauracjach.
Śniadanie, które dobrze wróżyło
Pierwsze śniadanie nastroiło mnie bardzo optymistycznie, wybór dań był spory, a potrawy smaczne. Zatem z optymizmem przyjęłam propozycję mojego przewodnika odnośnie lunchu w modnej restauracji nad samym brzegiem laguny.
Lunch nad laguną
Miejsce z zewnątrz wyglądało bardzo obiecująco, a my po wizycie na lokalnym targu wyostrzyliśmy sobie apetyt na coś dobrego. Zasiedliśmy przy stolikach, czekając uprzednio na ich ustawienie i połączenie. Karta wyglądała dość ciekawie, zawęziłam ją po konsultacjach z kelnerami i złożyliśmy zamówienie.
Awokado prosto z targu
Wszystko wyglądało bardzo dobrze, do czasu kiedy kelner wrócił z kuchni po minucie od złożenia rezerwacji wcześniej konsultowanej z nim pod kątem dostępności i poinformował, że chłopcy już pobiegli po awokado na miejscowy targ. Zaraz z nim wrócą. Niestety zaraz trwało dobrą godzinę, a nam języki uciekały na widok każdego dnia wychodzącego z kuchni.

Smak, który wynagradza wszystko
Poza długim oczekiwaniem nie było żadnych przykrych niespodzianek, jedzenie było przepyszne, krewetki, ryba, a nawet mięso okazały się warte zachodu i ostatecznie czekania.
Kolacja z wyprzedzeniem… i bufet zamiast stolika
Wieczorem podczas kolacji wzięłam się na sposób i poprosiłam o zamówienie dań z dużym wyprzedzeniem, poszło nam bardzo sprawnie. W menu pojawił się królik i ryba, były ponownie krewetki. Dotarliśmy do Jamasukro, rozgościliśmy się przy przygotowanym stole, by dowiedzieć się, że nie mamy dań serwowanych do stolika, tylko przygotowano nam bufet…
I po co było zamawiać dania skoro i tak wszystko ułożono teraz na jednym stole i na jednym półmisku, co za pokrętna filozofia.
Drugie podejście – w końcu bez niespodzianek
Ale pierwsze koty za płoty, od jutra będzie na pewno łatwiej. Śniadanie znowu poszło dość gładko. Lunch tym razem w jednej z bardziej obleganych restauracji okazał się przygotowany zgodnie z naszym zamówieniem, jedzenia nikomu nie brakowało, i było nad wyraz smacznie, a na deser pojawiły się nawet owoce, a dla Asi specjalnie desery spod lady. Tym razem odetchnęłam, bo obyło się bez żadnych niespodzianek.
Kolacja w cieniu piłkarskich emocji
Ruszamy na północ kraju, nocleg po drodze w bardzo klimatycznym hotelu. Zaraz po dotarciu na miejsce składam zamówienie na przystawki i drugie dania do podziału pomiędzy wszystkich. Mimo wyprzedzenia i tak trochę czekamy na wydanie zamówienia.
Dziwi mnie, że kelnerzy przynoszą frytki, ryż i mięsko, choć na przystawki zamawiałam sałatki i owoce morza… Jednak dzisiaj nikt nie ma głowy do jedzenia, a tym bardziej do pilnowania zamówienia. Wszyscy łącznie z kucharzem śledzą losy finału Afryki. Tutaj kibicuje się Senegalowi. Mogę liczyć na uwagę tylko w krótkich przerwach w grze.
Choć nie spotkałam się z tym jeszcze nigdy, po zjedzeniu dań głównych otrzymujemy przystawki, nie robi to na nas wrażenia, rozochoceni klimatem miejsca zamawiamy także desery.
Te pojawiają się po długim oczekiwaniu, ale tłumaczymy to sobie dogrywką meczu i emocjom, które my śledzimy w transmisji online z komentarzem polskim w naszych telefonach.
Walka o śniadanie
W tym samym miejscu rano staczam walkę o śniadanie. Pani nie jest w stanie zrozumieć, że słodkie bułeczki, ananas i kawa z proszku to nie jest szczyt naszych marzeń, walczę o każde jajko, każdy omlet. Udaje się nam ostatecznie podjeść co nieco.
Trochę obawiam się tego, co nas czeka od dzisiaj, zostawiamy za sobą miejsca cywilizowane i ruszamy w odległe bardzo afrykańskie zakamarki.




Lunch w bardzo lokalnym wydaniu
I nie zawodzi mnie intuicja, lunch nie dość, że późny to jeszcze bardzo skromny. Nie miałam wpływu na wybór dań, jemy w bardzo lokalnej kuchni. Na progu wita nas właścicielka, która jest tak ściśnięta w pasie, że nie widać nic poza bardzo wydatnym i do tego przesadnie odkrytym biustem.
Ślimaki, maniok i zupa, którą zapamiętamy
To na wejściu, a zaraz potem skromny stół z kilkoma daniami na krzyż. Mięsa niemal wcale, w zupie ślimaki, na stole banany i maniok. Na specjalną prośbę pani dodaje kilka kawałeczków kurczaczka. Nie pojemy tutaj zbytnio, choć smak zupy rybnej zostanie z nami na długo, bo okazała się być bardzo smaczna.


Kolacja w najlepszym hotelu w mieście
Kolacja w hotelu, i to nie byle jakim, bo uznawanym za najlepszy w mieście.
Szalejemy z zamówieniem, najpierw pizza, ale wcześniej ustawienia stolików, i choć miało być wszystko gotowe o 20:00, to pan kelner dopiero kilka minut przed czasem poprzesadzał innych gości, by zrobić nam miejsce. Przystawka: jest kilka pizz, które spełniają swoją rolę, potem dania drugie podane nawet w dobrej kolejności i w miarę szybko. Nie mamy się do czego przyczepić, jedzenie jest smaczne, ciepłe i bez zarzutu.
Francuska kuchnia i niemal idealna organizacja
Chyba przełamaliśmy zła passę, bo lunch zamówiony wcześniej u Francuza też wypada całkiem dobrze. Rozochoceni miejscem i jakością kuchni wracamy tam na kolację, by było szybko i sprawnie zamawiamy ją, wychodząc z obiadu.
Drobne pomyłki, które da się wyprostować
Przystawki gotowe czekają na nas przy stoliku, nie ma żadnych pomyłek, ale już przy daniach głównych pojawiają się znikąd dwie pizze, Dorota nie dostaje swojej przepiórki, za to Andrzej ma pewnie całe dwie na swoim talerzu, Nie zgadzają się nam frytki i ich ilość a na sam koniec zamiast czarnej herbaty jest czarna kawa, i zamiast lodów z likierami są tylko lody, ale udaje się nam rozwiązać drobne pomyłki.
To dopiero półmetek, zobaczymy, czym jeszcze zaskoczy nas Afryka…




