Koniec może zaskoczyć…

Wszyscy byliśmy zadowoleni

Tak właśnie było zaledwie przed tygodniem w Indiach. Nasz wyjazd chylił się ku końcowi. Spontanicznie podczas ostatniej kolacji w Waranasi, a przedostatniej na naszym wyjeździe dokonaliśmy podsumowania wyjazdu. W skrócie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni, i Uczestnicy, bo zobaczyli bardzo dużo i ja, bo moi Turyści byli zadowoleni.

Nic nie zapowiadało nagłej zmiany nastrojów

Na szczęście sytuacja przerosła nas wszystkich i nikt nie zawinił, no może poza liniami lotniczymi.

Ale po kolei. Piątek miał być pięknym luźnym dniem. Wielu z nas zaplanowało późne śniadanie i ostatni spacer po Waranasi w poszukiwaniu kadrów do zdjęć, byli i tacy, którzy postanowili zapisać się na masaż. A SPA hotelowe było niczego sobie, więc warto było spożytkować czas do wylotu. Byli wśród nas i tacy, którzy czekali na to wolne przedpołudnie, by wreszcie odespać dwa ostatnie wczesne poranki.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak

Tymczasem już około 8 rano dostałam pierwszego SMS-a od kontrahenta, który delikatnie nakreślał dość trudną sytuację. Jego wydźwięk był jednak wieszczący problemy, ale nie potwierdzający jeszcze stanu alarmowego. Przed zaledwie kilkoma dniami podobny problem miała nasza uczestniczka wyjazdu, która kończyła swój pobyt w Agrze i zamiast do Bombaju doleciała tylko do połowy trasy i stamtąd musiałyśmy organizować szybką podmiankę biletów.

Co przy jednej osobie wydaje się możliwe, przy grupie staje się prawdziwym wyzwaniem.

Oczekiwanie na decyzję linii lotniczych

Kontrahent, który odebrał ode mnie dopiero trzeci telefon, przyznał, że sytuacja wygląda źle i że czekamy do 10:00, bo wtedy otwiera się biuro stacjonarne linii lotniczych i będziemy znali ich ostateczną decyzję o zaplanowanym na dzisiaj popołudniowym locie na trasie Waranasi – Delhi.

Gorączkowe szukanie alternatyw

Do 10:00 zostało mi 40 minut, sprawdziłam inne alternatywne połączenia, dwa pozostałe bezpośrednie operowane były przez tę samą linię lotniczą, czyli prawdopodobieństwo, że zostaną odwołane, było wielkie, inne trzy loty, które pozwoliłyby nam zdążyć na połączenie z Delhi do Warszawy to loty z dwiema przesiadkami. Nie ma sensu oddalać się od Delhi i tak jesteśmy 800 km od stolicy Indii.

Ratunkiem wydawały mi się pociągi, ale na bezpośredni dla 18 osób w klasie 1 nie było co liczyć, inne niższe klasy albo pociągi jadące po 20 godzin nie wydawały się pasujące do trasy Indie lux.

Najgorsze potwierdzone

Wybiła 10:00, zaledwie kilka minut po tym czasie odebrałam kolejny telefon od kontrahenta, niestety najgorsze wiadomości zostały potwierdzone. Nasza linia odwołała dzisiaj w sumie 540 lotów, w tym nasz i wszystkie pozostałe na tej samej trasie. Powód oficjalny zmiana czasu pracy pilotów i braki kadrowe. Powód mniej oficjalny wizyta Putina w Indiach.

Decyzja: jedziemy autobusem

Cóż było robić, wzięłam listę roomingową do rąk i obiegłam wszystkie pokoje, by osobiście poinformować o zaistniałej sytuacji. Rozwiązanie było fatalne, podróż do Delhi autobusem, którego dopiero teraz szukał kontrahent. Bo potrzebny jest bus duży, wygodny, z pozwoleniem przekraczania różnych stanów Indii i z odpowiednim kierowcą, i trzeba dodać, że mamy zaledwie 50 minut, by przygotować siebie i autobus.

Nie ma czasu do stracenia. Zaczynamy działać.

Masaż, walizki i totalny chaos

Małgosia ma najtrudniej, niczego nieświadoma relaksuje się na masażu ajurwedyjskim, ciepły olej kapie jej na środek czoła, a my w popłochu pakujemy walizki.

Wyruszamy w drogę

Ostatecznie o 11:00 spotykamy się zgodnie w recepcji, pogodzeni z naszym losem. Kontrahent zapowiada nawet do 16 godzin w trasie, pociesza nas sztuczna inteligencja, która mówi o zaledwie 8 godzinach, niestety dla nas się myli i to o połowę zaniżając czas przejazdu…

Najpierw łódka, potem bus. Wybrano dla nas średni autobus  z zapasem miejsc dla każdego. Pierwsze kilometry mijają w dobrej atmosferze, ale ja śledząc mijane kilometry i czas spodziewam się niestety najgorszego. Mimo zapału kierowcy podróż będzie się ciągnąć niemiłosiernie.

Droga przez Indie bez luksusu

Nie mamy na pokładzie toalety, zatrzymujemy się tylko w koniecznych sytuacjach, ale podczas 800 km musimy zaplanować postoje. Nasze pierwotne marzenie o kolacji na ciepło też szybko grzebiemy.

I kiedy pomyślę, że przez ostatnie dwa tygodnie spaliśmy w super hotelach, mieliśmy wszelkie wygody, a teraz stawić czoła musimy naprawdę siermiężnym warunkom na trasie.

Postoje, które zapamiętamy na długo

Nasze postoje to najczęściej typowe dla kierowców ciężarówek zajady, toalety tylko dla mężczyzn spoza wszelkich opisów. Najczęściej zwykły rowek obudowany trzema ściankami. Krzaków brak, albo zajęte przez krowy, psy albo kierowców… Nie komentujemy, radzimy sobie, jak możemy, pierwszy postój korzystamy z toalety wybiórczo, nawet na drugim łamią się tylko nieliczni, ale już trzeci jest koniecznością niemal dla wszystkich, nawet dla najbardziej opornych na korzystanie z podłych warunków w toaletach hinduskich.

Jedzenie „jak się da”

Podobnie ma się rzecz z jedzeniem. Do tej pory dbałam o wybór specjalnie wyselekcjonowanej kuchni, chlebki w trzech rodzajach, masala i curry, dania z mięsem i bez mięsa, coś z kuchni zachodniej. A teraz przyjdzie mi zamawiać w podrzędnej kuchni chlebek z pieca tandori w dwóch smakach i potrawkę z cebuli smażonej na głębokim tłuszczu. I tu podobnie, najpierw nie ma zbyt wielu chętnych, ale w perspektywie kolejnych godzin w busie coraz więcej osób przyjmuje zaproszenie na bardzo prosty lokalny posiłek.

Kawa czy herbata sprowadzają się tylko do masali i to z kożuchem… A dopiero co raczyliśmy się najbardziej wybornymi herbatami hinduskimi w przepięknych wnętrzach…

Noc, zimno i brak ogrzewania

Podsypiamy, dzień się kończy, a wraz z nim ciepło. Klimatyzacja, która była dla nas zbawienna, szybko zostaje zapomniana, bo teraz każdy szuka pomysłu jak się ogrzać. Mamy prośbę do kierowcy o włączenie ogrzewania. Niektórzy z nas są pewni, że nie zrozumiał, o co go prosiliśmy, bo nikt nie chce zaakceptować mojego pomysłu na to, że w autobusie nie ma w ogóle ogrzewania. Niestety moje przypuszczenia są prawdziwe i musimy zatrzymać się na autostradzie, by wyjąć ciepłe rzeczy z naszych walizek.

Postój na autostradzie w stylu indyjskim

Tak, tak dobrze czytacie, wprost na autostradzie, nawet bez świateł awaryjnych, po prostu mówisz i masz, czyli ja poprosiłam pana, by się zatrzymał, a on od razu nacisnął na hamulec i stanął ot tak po prostu. Ale w obliczu jadących z przeciwka samochodów, motorów, spacerujących po płatnej autostradzie krów czy psów nie robi to na nikim żadnego wrażenia. Nie wspomnę o ślepakach albo zupełnie nieoświetlonych samochodach.

Wyścig z czasem na lot do Warszawy

Nasz samolot do Warszawy odlatuje o 7:20, powinniśmy być na lotnisku podobno nawet na 3 godziny przed. Niestety nie dzisiaj. Na szczęście odprawiłam nas wszystkich wcześniej, nawet wybrałam super miejsca. Głupio byłoby stracić ten lot, Jola sprawdziła, że kolejny odleci dopiero za dwa dni i nie ma aż 18 wolnych miejsc. Przyspieszamy.

Hotel, który miał być zwieńczeniem wyjazdu

Na chwilę wpadamy do naszego hotelu. Mamy okazję przekonać się, jak miało być pięknie. Hotel nawet o 4 nad ranem robi na nas ogromne wrażenie. Pięknie podświetlony jest naprawdę luksusowy. Nie na darmo mieliśmy w walizkach super eleganckie kreacje na wieczór pożegnalny i wysokie obcasy…

Miał być zespół taneczno-wokalny i wykwintna kolacja. Musimy umówić się na te ekstrasy raz jeszcze. Na miejscu musimy ekspresem przepakować walizki, przebrać się na lot do Polski i szybciutko chwycić gorąca kawę lub herbatę i box ze śniadaniem. Przed nami krótki, ale bardzo zatłoczony odcinek pomiędzy hotelem a lotniskiem.

Ostatni stres i pomoc uczestników

Jeszcze nie odfajkowałam sukcesu. Jeszcze w napięciu śledzę trasę przejazdu. Dopiero na krótko przed dotarciem do hotelu odkryłam, że mój przewodnik prowadził kierowcę po obcym dla niego mieście według map z telefonu, choć sam, jak się okazało, nie jest kierowcą i nie ma samochodu, i nie potrafił zupełnie czytać map. W ostatniej chwili dzięki pomocy jednego z uczestników wyjazdu udało się nam wspólnie pokierować trasą przejazdu i dotrzeć do hotelu. Teraz wsadziłam do autobusu pomocnika  z lokalnego biura, bym nie musiała stresować się dodatkowo o poprawną i najkrótszą trasę przejazdu.  

Udało się

Zdążyliśmy, nadaliśmy bagaże o czasie, zajęliśmy miejsca w samolocie. Nie pamiętam takiego powrotu i takiego stresu.

Nie wiem nawet kiedy maszyna wystartowała, nie wiem, czy i co podawano na śniadanie i na lunch. Przespałam całą drogę i kolejne dwa dni (prawie), by zrzucić z siebie stres ostatniego dnia w Indiach. Tylko dzięki bardzo wyrozumiałej i doświadczonej podróżniczo grupie, udało się nam domknąć nasz pobyt w Indiach w super nastrojach. Jak widać, trasa to jedno, a życie i tak potrafi zaskoczyć.