Klasa biznes może się opłacać…

Wezmę to sprytem

I proszę, jakby los wiedział, że potrzebuję tematu na bloga. Okazja nadarzyła się podczas zaplanowanego dawno, bo już w styczniu, wyjazdu na Wyspy Św. Tomasza i Książęcą. W poszukiwaniu coraz to nowszych i bardzo egzotycznych miejsc na mapie trafiłam do Afryki Środkowej na wyspy, gdzie turystyka dopiero kiełkuje i to było wystarczającym argumentem, by zainteresować się tym kierunkiem na poważnie.

Padło na wyjazd rodzinny i na wakacje. Pierwsze zdziwienie to poszukiwanie biletów lotniczych. Mało które linie tutaj latają, nie ma oczywiście połączeń codziennie, a do tego są bardzo drogie. Więc zabrałam się za to sprytem i niejako od końca. Sprawdziłam które linie latają na wyspy i ile wyniesie nas bilet na jednym dokumencie, a ile loty osobne. I choć wiedziałam, czym ryzykuję, to różnica w cenie była na tyle znacząca, że zaczęłam polowanie na bilety. Po drodze było oczywiście wiele niepowodzeń, linie, które anulowały bilety tuż przed końcowym krokiem: płatność, albo strony, które wabiły niską ceną, a ona rosła, by na etapie płatności być wyższą nawet o 300%. Kiedy wreszcie mi się udało i myślałam, że najtrudniejszy element za mną, to zderzyłam się z cenami hoteli na wyspach i niezbyt miła ich obsługą. To też jednak przeszłam, zagryzając zęby, bo skoro ta turystyka tu taka świeża, to trzeba się z tym liczyć.

Lot z Berlina do Lizbony

Wyruszyliśmy w środku nocy bez noclegu w Berlinie, co było zasadniczo błędem, bo nocą się śpi, a nie jeździ 300 km autostradą. Pociągnęłam tylko 100 km i odpadłam, resztę zrobił Maciej, dzieciaki smacznie spały całą drogę. Berlin o 3:30 rano świeci pustkami, nawet w wakacje. Odprawiliśmy się, będąc wcześniej niż sama obsługa linii i mieliśmy jeszcze czas na małe śniadanko na lotnisku. Zapakowano nas do samolotu szczelnie wypełnionego do ostatniego miejsca.

Ale zamiast wylecieć o czasie, pan kapitan poinformował nas o problemach. Jeden dotyczył załadunku bagaży, ale z tym sobie dość szybko poradzono, drugi to zepsuty sensor przy klimatyzacji i ten wymagał już większego zachodu. Obsługa naziemna, specjalny rynsztunek, a czas grał na naszą niekorzyść. Tańsze bilety wymuszały na nas odbiór bagaży w Lizbonie i nadanie ich ponownie na nowy lot. Czyli nasze spóźnienie w Lizbonie było nijak niewidoczne dla systemu i nie mielibyśmy żadnych praw, by domagać się pomocy.

Wreszcie po godzinie i 10 minutach dość nerwowego oczekiwania wystartowaliśmy. Mimo dość długiego czterogodzinnego lotu nie udało się znacząco nadrobić straty, potem jak na złość długo otwierano maszynę, bagaże na taśmie zajęły całą wieczność.

Na lotnisku w Lizbonie

Na lotnisku w Lizbonie trwa teraz remont i nikt, nawet obsługa nie bardzo wiedzieli, dokąd nas wysłać i jak pokierować. Na Zosię, która miała przyznać się, że ma zaledwie 4 lata, udało się nam skorzystać ze stanowisk premium, ale nadaremnie. Pan najmilej jak tylko potrafił, poinformował nas, że odprawa na nasz lot została zamknięta przed… 2 minutami i niestety nie uda się nam polecieć.

Odpłynęła mi krew. Przygotowałam się na taką ewentualność jeszcze w samolocie i wiedziałam, że sytuacja jest beznadziejna. Lotów nie ma codziennie, na jutro były tylko bilety po ponad 5 000 i noc w Lizbonie, a na miejscu cały szereg rezerwacji, wynajem auta, itd.

Wpadłam na pomysł, by Rodzina poleciała sama beze mnie i niestety bez bagaży. Jak się okazało, udało się im bardzo szybko z kartami pokładowymi, które mieliśmy zrobione już nawet w Polsce przejść kontrolę, potem prześwietlić bagaże i gnać dalej do kontroli paszportowej. Dzieciaki musiały wyglądać na mocno zdesperowane, bo do okienka podeszły samodzielnie we trójkę bez żadnego z nas. Ja zostałam po drugiej stronie, a Maciej szykował dokumenty i zgubił dzieciaki z oczu. Pan pogranicznik tak się wczuł w opowieść Basi o trójce pędzących na samolot dzieci na początku swoich wymarzonych wakacji, że tylko machnął ręką i puścił całe trio wolno.

Maciej zdezorientowany i szukający dzieciaków stał przed bramkami i do głowy mu nie przyszło, że mogły samodzielnie przejść kontrolę i być już dalej. Nagle odebrał telefon Olek, który z wielkim zdziwieniem zapytał Tatę, gdzie on jest, bo tu boarding trwa w najlepsze i wszyscy na niego czekają.

Skreślona z listy pasażerów

Jeszcze próbowali przy bramkach zagadać w mojej sprawie i jakoś zmienić bieg historii naszych wakacji, ale pani tylko demonstracyjnie skreśliła mnie z listy pasażerów i szybko na moje miejsce wskoczył ktoś z listy rezerwowej.

A ja tymczasem postarałam się o wózek, zapakowałam 4 walizki mojej rodziny na niego, swoją torbę ciągnęłam osobno i poszłam szukać pomocy.

Ustawiłam się w kolejce linii TAP, pobierając numerek i nic nie zapowiadało tu rewolucji. Rzeczywiście sprawy naglące potrzebują tutaj czasu…

Po dobrych 40 minutach i przestawianiu mnie z kąta w kąt z bagażami – pani, która na mnie fukała, teraz z wielkim służbowym uśmiechem musiała mnie przyjąć.

Widziałam Jej minę, kiedy opowiadałam naszą historię… oj nie wróżyło to dobrze. Pochwaliła mnie za arcyruch wydelegowania rodziny do bramek i ze spokojem poinformowała mnie, że ja i bagaże będziemy mogli dołączyć na wakacje za… bagatela 5 dni, w środę. Po raz kolejny krew odpłynęła mi na dobre. Jak to w środę? Miałam podgląd na swoim telefonie, widziałam loty trwające po 24 godziny, z 4 przesiadkami i za koszmarne pieniądze.

Fado, czyli przeznaczenie…

Aż tu nagle… pojawiła się iskierka nadziei, nagle do systemu wpadło miejsce na lot jutrzejszy. Do teraz nie wiem, czy to przypadek, czy wzmianka, że jesteśmy Koleżankami po fachu, a może fado, czyli przeznaczenie…

Niestety miejsce w klasie biznes, za niemałe pieniądze. Nie zapaliłam się, zajrzałam do systemu razem z Panią. Rzeczywiście na kolejnych 5 biletów nie byłoby szans do środy, a i cena za 5 nowych biletów była powalająca.

Biznes na jutro brzmi dobrze, ale co z bagażami. Szybko zsumowałam kilogramy naszych walizek, potrafimy spakować się bardzo ekonomicznie. Mamy razem 53 kg. Czyli idealnie na biznes 2 x 32 kg i 10 na podręczny, czyli cały 1 kg zapasu.

Musiałabym tylko z dwóch walizek zrobić jedną. I co z podręcznym, żadna z naszych walizek nie spełnia wymogów wymiarów.

Pani patrzy na mnie, ja na nią. Zapada decyzja – kupujemy bilet. Stało się, bilet jest, teraz etap drugi, czyli bagaże.

Pani jest na tyle miła, że zostawia swoje stanowisko ku rozpaczy dziesiątki pasażerów czekających podobnie jak ja przed chwilą na szybką pomoc i idziemy do pani supervisor, która jak sama mówi o sobie jest tu szefową szefów.

Podobają Jej się moje oprawki (super), odwdzięczam się, chwaląc Jej kolczyki. Mamy nić porozumienia. Patrzy z przerażeniem na stosik walizek na wózku i moją walizkę obok. Kiwa głową z litością… Myśli, liczy, dodaje, odbywa się ważenie walizek.

Wreszcie mamy plan, mam być tutaj jutro na 4 godziny przed lotem. Ona też tu będzie. Przedtem mam przepakować walizki, tak by zestaw każdych dwóch nie przekraczał 32 kg, a z mojej walizki mam zrobić bagaż 10 kg, by móc potraktować go jako podręczny. Łatwo powiedzieć…

Spędzam noc w centrum Lizbony. Zwiedzam miasto, łapię oddech, spotykam się z grupą ESTY, która leci na Azory.

Wracam na lotnisko

Pełna sił i większego optymizmu wracam rano na lotnisko. Najtrudniejsze za mną, wytarabanić się z 13-metrowego pokoiku z 5 walizkami, potem winda i z windy, potem recepcja i dwa schodki i wreszcie Uber z dużym bagażnikiem na 5 bagaży. Na lotnisku w drugą stronę, z auta na wózek, stopnie, przejścia, zakamarki i jestem przy stanowisku pakowania bagaży. Dacie wiarę, że nawet w Lizbonie na lotnisku międzynarodowym na 20 metrów przed certyfikowanym punktem owijania bagaży, stoi sobie pani, która wyłapuje klientów takich jak ja, zmierzających do owinięcia walizek, by zrobić to samo i w tym samym punkcie, ale dokładając sobie do tego po 5 eur za bagaż. Teraz zrozumiałam słowa mojej szefowej szefów, która decydując o zespoleniu bagaży, odesłała mnie do certyfikowanego punktu owijania bagaży.

Mam teraz na wózku dwie paczki, ciężkie, nie do udźwignięcia samodzielnie.

Jadę do okienka odprawy

A tu jaka inna atmosfera, zgodnie z obietnicą szefowa szefów w tych samych kolczykach, ale w innym makijażu poznaje mnie (pewnie po oprawkach) i wita mnie tak serdecznie, że stres ze mnie schodzi. Mierzy wzrokiem pakunki, waży je też wzrokiem i drukuje etykietki bagażowe. Zostaje jeszcze walizka, z której zrobiłam bagaż podręczny, odchudzając ją znacznie. Pani bez mrugnięcia okiem odprawia ją u siebie, a mnie z pakunkami odsyła do okienka z bagażem niewymiarowym. Żegnamy się bardzo miło.

Pan nie ma nastroju o 7 rano i próbuje odepchnąć mnie do zwykłego okienka, gdzie właśnie byłam. Nie chce mu się dźwigać tych pakunków, których sama na pewno nie przełożę na taśmę do prześwietlenia. Wreszcie jakoś go udobruchałam i bagaże nadane. Na lekko zmierzam do kontroli bagażu i paszportów, potem miłe śniadanko jako przywilej wynikający z posiadania biletu w klasie biznes.

Teraz kiedy na spokojnie podsumowuję ten ruch, nie było innego wyjścia. I choć sama klasa biznes nie powala, bo siedzenia jak w ekonomicznej, tyle że wolne miejsce pośrodku, odchylane, pyszne jedzenie i szeroki wybór win, to opcja nadania tylu bagaży w ramach jednego biletu możliwa była tylko w tej opcji. Niestety linie TAP na tym odcinku podróży nie pozwalają na dodatkowy bagaż, nawet za dopłatą. Zresztą, gdybym chciała dokupić aż 4 walizki, to cena też nie byłaby przyjazna.

Lecę, oby było warto.