Jak zwykły lot może stać się niezwykłym…

Jesteśmy w Afganistanie

Przed nami pierwszy z trzech lotów wewnętrznych. Wybraliśmy godzinne loty zamiast długich, bo trwających nawet ok. 12 godzin przejazdów po bardzo słabych drogach tego kraju.

Stawiamy się na lotnisku zgodnie z tutejszą procedurą na dobre dwie godziny przed odlotem. Jeszcze na kilkadziesiąt metrów przed głównym budynkiem lotniska czeka nas kontrola osobista. Wysiadamy z naszych samochodów i dzieląc się na kobiety i mężczyzn, idziemy do kontroli.

Panowie sprawdzani są przez panów, my mamy za firanką małą budkę, gdzie pani sprawdza nas, czy nie mamy żadnych dziwnych przedmiotów przy sobie. Wsiadamy do aut i jedziemy dalej. Tu następna kontrola. Tym razem na dobre opuszczamy nasze busiki wraz z bagażami i idziemy do ich prześwietlenia. Paniom nie podobają się niektóre przedmioty: wybierają kilka bagaży do kontroli. Musimy otworzyć nasze walizki. Butelki z wodą, karton z grą planszową, to tylko przykłady przedmiotów do sprawdzenia.

Ciągniemy bagaże całkiem spory kawałek do hali lotniska. Tu wreszcie następuje już bardzo prosta procedura sumarycznego ważenia bagażów całej grupy i wystawienie kart pokładowych.

Trwa to dosłownie chwilę. Usadzono nas w ostatnich rzędach samolotu. Pasażerów nie jest zbyt wielu, przed nami krótki, bo godzinny lot na północ kraju.

Na pokładzie samolotu

Boarding zaczyna się prawie o wyznaczonym na kartach pokładowych czasie. Dziwi nas fakt, że pół samolotu jest całkiem pusta, a nas usadzono jeden obok drugiego w ostatnich rzędach. Poza naszą grupą tym samym samolotem leci zaledwie kilkunastu pasażerów lokalnych, głównie mężczyzn.

Zajmujemy miejsca. Kilkoro z nas pyta obsługę, czy są wolne miejsca, wszyscy jednak zgodnie zapewniają, nas, że lot jest pełen. Tyle że wszyscy już wsiedli, a pół samolotu jest pusta.

Nasz przewodnik wydaje się szalenie podekscytowany, oznajmia nam, że wraz z nami poleci cała duża delegacja Talibów rządzących teraz Afganistanem. Oczekiwani są wszyscy najważniejsi urzędnicy oraz ich świta. Sama informacja robi na nas duże wrażenie, ale nasz przewodnik nie może opanować ekscytacji i wierci się jak szalony na swoim miejscu.

Nagle zaczynają się roszady pośród obsługi, panie stewardessy przesuwają się do tylnych rzędów, a do pierwszych przechodzą panowie. Na pokład zaczynają wchodzić pierwsi przedstawiciele delegacji. Od razu widać, że to Talibowie, długie brody, wielkie turbany, obojętny wyraz twarzy. Miejscowi równie podekscytowani co nasz przewodnik. Ochrona siada w ostatnich rzędach, ma na nas oko, prosi o nienagrywanie.

Najważniejsi panowie wchodzą jako ostatni, starają się wślizgnąć na miejsca w pierwszych rzędach. Nasz przewodnik nie może ukryć zainteresowania delegacją. Zaczyna nagrywać relację na żywo.

Osobisty pilot Talibów za sterami

Pilot opuszcza kokpit samolotu i siada w rzędzie przed nami. Do sterów siada osobisty pilot Talibów. Wśród nas jest Kolega, który zna się na lotnictwie jak nikt inny. Zdradza nam kilka tajemnic przewozu osób tej rangi.

I my zaczynamy się angażować w ten lot. Samolot startuje, obsługa zaczyna serwis. Dla nas przygotowano zupełnie inne posiłki niż dla nich.

Jedna z naszych Koleżanek udaje się do toalety na sam przód samolotu. Oczywiście specjalnie, by obejrzeć delegację. Jest ich ok. 90 osób. Muszą być ważni. Wydaje się nam, że kilku z nich ma broń na pokładzie.

Ochrona cały czas nie spuszcza nas z oczu. Nie podoba się im filmowanie, czy robienie zdjęć. Przewodnik korzysta z okazji i biegnie niemal w podskokach za naszą Koleżanką. Wiemy, że to tylko wybieg, by obejrzeć sobie delegację. Nie ukrywa już nawet poddenerwowania. W oczekiwaniu na wolną toaletę zamienia kilka zdań z osobami z pierwszych, czyli najważniejszych rzędów, kładąc rękę na sercu. Tyle widzimy z naszych ostatnich rzędów.

Oboje wracają do nas, relacjonując, co widzieli.

Ochrona pozwala wybrzmieć opowieściom.

Lądujemy w Mazar i Sharif

Oczywiście najpierw pokład opuści delegacja. Przez okienka widzimy dywan rozwinięty na płycie lotniska i cały sznurek oficjeli witających naszą delegację. Jako pierwsi wychodzą z samolotu Ci najważniejsi, to ich całować będą po rękach stojący na płycie przedstawiciele miasta.

Musimy poczekać na swoją kolejkę, ochrona pilnie obserwuje nasze zachowanie. Pozwala na pojedyncze zdjęcia, a nawet nagrywanie delegacji.

Po chwili możemy i my opuścić samolot. Podobno takie sytuacje nie zdarzają się zbyt często i to naprawdę duży przypadek, że mieliśmy okazję lecieć niemal samolotem rządowym.

A zapowiadał się tylko zwykły krótki lot. Tymczasem staliśmy się mimowolnie pasażerami samolotu rządowego.

Nasz przewodnik do końca nie mógł ochłonąć, będąc pod wpływem emocji. Przeglądał zdjęcia i prosił nas o nagrane filmiki. Starał się rozpoznać poszczególne osoby. Na miejscu widzieliśmy jeszcze całą kawalkadę samochodów rządowych, sporo wojska i ochrony.

Przygoda bonus podczas zwiedzania Afganistanu.