Urodzinowa tradycja – tym razem w Polsce
Dzisiaj będzie trochę wesoło i trochę strasznie. Jak co roku postanowiliśmy zgodnie z tradycją świętować urodziny Zosi (już siódme) na wyjeździe. Jako że dopiero co wróciliśmy z długiego wyjazdu zagranicznego padło tym razem na Polskę.
Powrót po latach do domku na drzewie
Do hotelu nad morzem wróciliśmy po ośmiu, a może dziewięciu latach. Byliśmy tam niegdyś jesienią, mieszkaliśmy tak jak i tym razem w domku na drzewie. Wróciliśmy, bo miejsce to oferuje sporo atrakcji dla dzieci: foki, zoo, basen, a my za chwilę „wyrośniemy” z takich miejsc i powoli się z nimi żegnamy.



Rezerwacja z rozmową, ale bez efektu
Rezerwację robiłam telefonicznie z działem rezerwacji, co ważne, że to nie żadna przypadkowa rezerwacja online, bez imion, nazwisk, przedpłat i wymiany informacji o nas i obiekcie. Zależało mi na jednym domku, byśmy mogli wszyscy w piątkę zamieszkać razem.
Pierwsze zgrzyty – brak pościeli, brak kontaktu
Rezerwację zakładałam w połowie marca, czyli szmat czasu temu. Hotel wiedział o urodzinach dziecka, nie miał żadnych pomysłów, co mógłby od siebie przygotować (gdzie te zagraniczne miejsca, w których cała obsługa śpiewa gromkie „sto lat”, gdzie bukiety kwiatów, kosze z owocami, śniadanie do łóżka, tort???), ale udało mi się zarezerwować przejażdżkę na konikach i miejsce na uroczystą kolację w restauracji na wodzie. W obu przypadkach pan z recepcji przekazał mi kontakty telefoniczne do osób bezpośrednio zajmujących się końmi i restauracją. Wszystko było ustalone. Tort przyjechał z nami z Poznania. W domku była lodówka.
Problemy techniczne i logistyczne
Dotarliśmy na miejsce ok. 16:00. Obiekt jest bardzo rozległy, a recepcję od domków na drzewie dzieli dobre dziesięć minut spacerem lub pięć samochodem. Odebraliśmy klucze, podpisaliśmy formularz potwierdzający nasze pokrewieństwo z dziećmi (po raz pierwszy z czymś takim się spotkałam) i pojechaliśmy do domku. Tym razem numer 4, nie pamiętam, w którym mieszkaliśmy wcześniej.
Domek bez zarzutu (na pierwszy rzut oka). Mimo rezerwacji zabrakło piątego zestawu pościeli i dodatkowego łóżka, i pierwszy dylemat: iść, jechać czy dzwonić do recepcji? Numer telefonu podany na breloku do kluczy nieaktywny. Numer na stronie milczy, bo nikt nie odbiera, a zasięgu trzeba szukać pod schodami wejściowymi, bo w całym domku nie ma. Wreszcie udało się nam dodzwonić, pani obiecała, że pościel doniesie, choć podobno nasza rodzina liczy trójkę dorosłych i dwójkę dzieci i one mogą spać pomiędzy dorosłymi. Pani wie lepiej, ile osób liczy nasza rodzina – no tak…
Wyszliśmy na foki, pani zadzwoniła, prosząc o pozwolenie na wejście obsługi do domku. Pościel rzeczywiście była, łóżka nikt nie rozłożył.
Przed wyjściem zauważyliśmy, że w naszej sypialni żarówka w lampie nad łóżkiem ledwo co zipie, idąc na basen, poprosiliśmy o wymianę, pan z recepcji przyjął zlecenie ok. 18:00, rozwiewając nadzieję na szybką akcję, bo pana technika już nie ma w ośrodku!!!

Atrakcji trochę było, ale…
Wrócę do fok, które bardzo miło wspominam sprzed lat i tym razem okazały się pouczającym występem z wieloma ciekawymi informacjami, akwarium przeszklone, gdzie zwyczajowo na świecie można podglądać zwierzaki, było tak brudne, że aż wstyd…
Basen za to przyjemny, miła kąpiel. Żarówka, zgodnie z zapewnieniami pana z recepcji, niewymieniona. Poszliśmy szybko spać, bo ciemno.
Taras widmo i światło, którego nie ma
A … chcieliśmy jeszcze wyjść na taras, bo takowy jest przypisany do domu, by móc chłonąć zieleń prosto z domku. Taras to wielkie tarasisko okalające domek z trzech stron. A tu niespodzianka, ani z jednej, ani z drugiej sypialni nie można wyjść na taras. Naprawdę. Są normalne drzwi balkonowe, ale i tu i tam zastawione przez podwójne łóżko bez możliwości ich otwarcia. Można je co najwyżej uchylić, ale na pewno nie otworzyć. Sprawdziliśmy dwukrotnie, czy jest inna możliwość wyjścia na taras – nie ma, a przepraszam – jest… przez okno. I tak też wychodziliśmy. Obok w domku widzieliśmy panią na tarasie, nie mieliśmy odwagi zapytać, czy też musiała wychodzić przez okno.






Urodzinowy dzień pełen emocji
Noc minęła spokojnie. Urodziny czas zacząć. Sto lat, prezenty, przepyszne śniadanie (brawa za nie), przejażdżka na konikach (idealnie zgodnie z planem, choć pan z recepcji bardzo zachwalał przejażdżkę bryczką, a pani na miejscu sprostowała, że ostatnia taka odbyła się … dwa lata temu). Potem było zoo, też super. Wreszcie uroczysta kolacja, ale przed nią basen.



Przechodząc przy recepcji, Maciej wspomniał temu samemu panu o naszej żarówce, bo przed nami druga i ostatnia już noc w ciemnym pokoju. Pan przypominał sobie rozmowę i potwierdził, że pan technik realizuje zgłoszenia zgodnie z kolejnością i że dzisiaj już do nas nie przyjdzie, bo skończył pracę
I wtedy padło na kolację…
Nie podejrzewajcie mnie o ubarwiania tej opowieści, to sceny z wczoraj. Pamiętam każdy szczegół.
Co tam żarówka – urodziny to jest coś. Wystrojeni, z tortem ukrytym pod bluzą (bo tak umówiłam się z panią kierownik restauracji) wybraliśmy się do gościńca na wodzie. Wybiła 18:00, weszliśmy do lokalu, wyszła nam naprzeciw pani kelnerka, która zrobiła wielkie oczy, słysząc o naszej rzekomej rezerwacji i urodzinkach Zosi. Nikt Jej niczego nie przekazał, nie ma nic zapisanego w zeszycie… Zrobiło mi się piekielnie przykro kiedy zobaczyłam smutek na twarzy Zosi, która wszystko słyszała. Nie tak to miało wyglądać. Mimo zapewnień, że obsługa spróbuje sytuację uratować, poprosiliśmy o talerzyki, nóż i zapalniczkę i pojechaliśmy na plażę. To był super tort na piasku nad samym Bałtykiem – i wyszło jeszcze lepiej niż miało być.





Ostatnie odkrycia i… niespodziewany upust
Wróciliśmy wieczorem do domku na drzewie, ciemno było na zewnątrz i oczywiście wewnątrz, bo nie załapaliśmy się w kolejce do Pana technika.
Czas opuścić to miejsce. Robiąc zdjęcia tarasowi i upewniając się, że na pewno nie ma jak tam dojść z zewnątrz – bo nie ma, odkryłam jeszcze kanistry po wodzie albo paliwie pod tarasem, worki ze skamieniałym cementem i sporo odpadów budowlanych. Ot taki domek na drzewie w zieleni.
Miarka się przebrała. A!!! I jeszcze nikt nas nie poinformował, że aby mieć domek posprzątany trzeba to zgłosić do recepcji. Zasada znana mi z innych miejsc na świecie, choć bardzo rzadko w gwiazdkowym hotelu, ale dlaczego nikt o tym nie wspomina przy zakwaterowaniu?



Przed śniadaniem udało mi się poprosić o rozmowę panią kierownik recepcji. Wydawała się być bardzo zdziwiona historiami „z własnego podwórka”. Obiecała porozmawiać z panią dyrektor. Złapała nas przed oddaniem kluczy i zaproponowała upust 15% od całej ceny lub voucher na dwudniowy pobyt w tym samym hotelu dla całej rodziny do wykorzystania na okaziciela przez kolejny cały rok.
Bardzo miły gest i przyjęłam pierwszą propozycję, by choć trochę osłodzić sobie wrażenia z tego miejsca.
Gwiazdki to nie wszystko
To tylko dowód na to, że gwiazdki to jedno, a ludzie to drugie. Nie raz i nie dwa na świecie spałam w bardzo skromnych, czasem wręcz biednych i nie do końca schludnych miejscach, ale nie to zapamiętałam, a atmosferę, ludzi, serwis, dbałość o nas jako gości.
Pewnie, drobne potknięcia zdarzają się często, nocuję w tak wielu miejscach na całym świecie, nauczyłam się odróżniać hotele bez duszy od tych butikowych, nie robią na mnie wrażenia miejsca na pokaz, ale bez właściciela, nie ruszają mnie luksusy i wielkie żyrandole, wolę miejsca przemyślane, stare, z duszą, z historią w tle, architektonicznie unikatowe, z pyszną kuchnią.
Pamiętam ludzi z recepcji, właścicieli, panią ogrodniczkę.
Nasz pobyt – w sumie udany, bo zamieniliśmy tę serię nieszczęść w salwę śmiechu – pokazuje, że to ludzie tworzą klimat danego miejsca, a nie nazwa czy nadane gwiazdki.
Nie zamieściłam żadnej opinii na żadnym portalu, przedyskutowałam temat na miejscu z osobami, które mam nadzieję, realnie coś zrobią z naszymi uwagami.
Czy wrócę? – Niestety nie.
Opisana historia miała miejsce w hotelu 4*
