Asertywny Fin czy niemiły Fin?

Skąd te przemyślenia?

Sama nie wiem. Ale coś jest na rzeczy. A przemyślenia sięgają wstecz dopiero co zakończonej wycieczki rodzinnej do Laponii. Rovaniemi to cudne niewielkie miasteczko, które, choć czynne cały rok to w okresie Bożego Narodzenia przeżywa prawdziwe oblężenie turystów spragnionych zimy i spotkania ze Św. Mikołajem. Spotyka się tutaj cały świat.

Pierwsze zderzenie z fińskim spokojem

Próbkę małej kłótni i nieporadności mieliśmy już przy wypożyczeniu auta na lotnisku. Na szczęście dla nas obstawiłam wypożyczalnię, która nie miała teraz kolejki kilkudziesięciu oczekujących. A przy okienku skupiony na swojej pracy, bardzo powolny Fin, który widać zahartowany takimi sytuacjami, nic nie robił sobie z próśb, gróźb czy ponagleń kolejnych czekających w długim ogonku Klientów. Robił swoje, wyraźnie nie spiesząc się przy tym.

Wszystko da się załatwić, tylko wolniej

Nasz Fin okazał się sprawny, miły i po chwili, może ciut tylko dłuższej niż gdzie indziej na świecie mieliśmy swoje auto gotowe do drogi. Musieliśmy je tylko sobie sami odnaleźć na parkingu. Wskazówki, gdzie stoi, były bardzo skromne i krótkie: wyjść, na lewo, prosto i gdzieś tam. Daliśmy radę.

Kolacja? To już inna historia

Gorzej nam poszło z kolacją. Mimo kilku adresów najlepszych restauracji w mieście i bardzo konkretnego planu dokąd uderzyć najpierw, aż czterokrotnie odbiliśmy się od drzwi. I nikt nie szczypał się, by zbyć nas pięcioosobową Rodzinę miło i taktownie. Najczęściej byliśmy delikatnie, acz stanowczo wypychani z lokalu, choć kuchnia musiała jeszcze działać, a inni zajadali się na naszych oczach łosiem lub łososiem.

Wyjątek potwierdzający regułę

I tu znaleźliśmy wyjątek, przemiły właściciel pizzerii także Fin przyjął nas z otwartymi rękoma i ugościł po królewsku. I choć pizza to nie łoś, ale głodni nie poszliśmy spać.

Skutery śnieżne i walka o frajdę

Skutery śnieżne: nasza piątka i jeden pan. Choć zamówiłam i opłaciłam 2 kierowców i dwójkę dzieci na skuterach, a tylko jedno ze względu na wiek w saniach pan ułożył sobie na własny użytek wersję wygodniejszą. Olek i Zosia mieli jechać w saniach, Basia za nim, a my wymiennie, ze wskazaniem na Macieja jako kierowcę, a ja na przyczepkę.

Tupnięcie nogą w bajkowej zimie

I dopóki nie zobaczyliśmy sprzętu, nie protestowałam, ale jak stanęliśmy przy skuterach i zobaczyłam bajkową zimę i pana, który próbował nam odebrać frajdę z samodzielnego prowadzenia skuterów, tupnęłam nogą aż śnieg się kurzył. Niepocieszony musiał zmienić koncept, uruchomić jeden skuter więcej wrócić z Olkiem do przebieralni, by wyposażyć go w specjalny kombinezon i kask…

Skończyło się bardzo miło.

Husky, które ostudziły entuzjazm

Gorzej nam poszło z huskimi, ale tu nie winię Finów, bo dość surowa okazała się właścicielka, pochodząca z Francji, miłośniczka psów. Utytułowana zwyciężczyni wielu biegów nie miała zupełnie podejścia do turystów. Byliśmy w bardzo kameralnej grupie we dwie rodziny. Pani najpierw nakrzyczała na Macieja, że śmie robić zdjęcia bez Jej pozwolenia, a potem na mnie, że źle trzymam ręce na saniach. Wszystko bardzo łamanym angielskim. Za to ton i postawa nie pozostawiały wątpliwości co do intencji Pani.   

I to nie było delikatna uwaga lub prośba o poprawę, ale konkretna reprymenda z rozwinięciem.

Klient w turystycznym raju

Pomijając, ile ta atrakcja kosztuje, takie podejście do Klienta nie mieści się na pewno w żadnych normach. Byliśmy zaskoczeni taką postawą, tym bardziej, w tak obleganych turystycznie miejscach, gdzie atrakcje rezerwowane są z wielkim wyprzedzeniem, gdzie każda z nich przy naszej pięcioosobowej rodzinie kosztuje pokaźną kwotę, uprzejmość, serdeczność powinny z automatu być wpisane w serwis.

Najlepsze zostawia się na koniec

Na szczęście na sam koniec pobytu trafiliśmy do Hotelu Lodowego i na kolację do restauracji lodowej. Naszą kelnerką była pani z … Surinamu, i urzekła nas wspaniałym angielskim, co wcale nie było regułą u Finów (co nas szalenie zaskoczyło) i wielką serdecznością oraz takim luzem, na jaki nastawiliśmy się, jadąc do Św. Mikołaja.

A ponieważ zapamiętuje się najlepiej to, co jest na sam koniec, wróciliśmy w wybornych nastrojach z nadzieją na szybki powrót.