Wyjazd do Mongolii nie będzie orgią smaków i podbojem kulinarnym

Ohyda na talerzu

Spotykamy się na lotnisku lecąc do Ułan Bator i jedna z moich Koleżanek korzystając jeszcze z sieci i z internetu odnajduje fragment tekstu o kuchni mongolskiej przesłany Jej przed wyjazdem przez  swoją Przyjaciółkę, wielką znawczynię kulinariów. Po dość krótkim wstępie następuje stwierdzenie, które nie nastraja zbyt optymistycznie: „nie ma gorszej kuchni na świecie aniżeli kuchnia Mongolii”.

Czy to rzeczywiście prawda?

Spędziłam w Mongolii dwa tygodnie jedząc z reguły trzy posiłki dziennie. Miałam to szczęście, że wyprawa była typowym przetarciem szlaku otwartym na wszelkie eksperymenty, jedzenie w miejscach nietypowych, przypadkowych i zaskakujących. Najbardziej zależało nam  by było autentycznie.

Śniadanie wcale nie treściwe

Śniadanie: przeprawa dla każdego. Z jednej strony osoby nie lubiące nabiału będą musiały zmusić się do jedzenia na trasie zupki mlecznej z gęstym ryżem na słono. Trzeba jeszcze dodać, że bynajmniej na mleku krowim, niestety kozim. I nawet Ci, którzy na co dzień przepadają za serem kozim i jego charakterystycznym zapachem będą mieli ciężki orzech do zgryzienia by uporać się ze zwykle sporą miseczką „ryżanki” o poranku. Sposobem zagłuszenia smaku jest przesłodzenie zupki, co pasuje tylko tym którzy lubują się w słodkich śniadaniach.

Opcją drugą jest zupka – rarytas w oczach naszych miejscowych kolegów. Wodnista zupa zabarwiona mlekiem na biało, zagęszczona mąką do konsystencji bardzo rozrzedzonego kisielu z makaronem, kawałkami mięsa oczywiście koziego i słonego, i śladowymi ilościami warzyw, te rozpoznajemy tylko po kolorze na pewno nie po smaku.

Pieczywo? Brak. Jaja? Brak. Warzywa? Brak.

Obiad: rytuał. Czas jedzenia około południa. I jakże cierpieli nasi koledzy kiedy przeciągaliśmy ich w stronę naszego lunchu około 14. Dania jednogarnkowe, najczęściej wielka micha ryżu (znowu ryż) z kawalątkami mięsa, w jurtach koniecznie solonego, i drobinkami warzyw. Nierzadko dostawaliśmy danie oblepione łojem albo tłuszczem, nie była to na pewno oliwa.

Niejedzący mięsa kiedy brali się za jego wybieranie mieli naprawdę mnóstwo roboty, było ono zdecydowanie bardziej zmielone niż pokrojone.

Mogły być też kluchy. Zasada bardzo podobna: wymieszane z mięsem i drobno posiekanymi warzywami wśród których najczęściej występował ziemniak. I tak zajadaliśmy się ziemniakami z ryżem lub makaronem i mięsem. I to by było na tyle.

Czas na lekką kolację

Kolacja: tu poza ryżem lub makaronem z mięsem, zawsze osobno nigdy razem kilka dań do wyboru, mamy dwie nowości. Buuz czyli pierożki przypominające sakiewki wypełnione mięsem naturalnie baranim, często grubo mielonym i tłustym. Samo ciasto genialne, cieniusieńkie, pięknie zawinięte na kształt torebeczki lub sakiewki, na miejscu jedzone często rękami i to od dołu – umiejętnie by najpierw wypić rosołek gromadzący się podczas gotowania. Ale z nadzieniem już trudniej. Smaki dość chłopskie.

Można jeszcze było trafić na pierogi smażone khuushuur. Różniły się kształtem, te były bardziej zbliżone do naszych dużych pierogów lekko spłaszczonych i usmażonych na głębokim tłuszczu. Nadzienie czytaj powyżej, niczym się nie różniło od gotowanych buuzów.

Deser: brak, nigdy i nic.

Kiedy stołujemy się w jurtach stylizowanych na hotele dostajemy na lunch i kolację nawet dania stylizowane na europejskie. Zawsze jest przystawka: najczęściej to sałatki Urbanka. Tak, polskie warzywa w słoikach podbijają Mongolię. I jeśli nawet nie jadacie ich na co dzień w Polsce to bądźcie pewni, że poznacie ich smak w Mongolii. A wariantów ich serwowania jest sporo. Mogą być na zimno, tak po prostu saute, mogą być wymieszane z majonezem albo innym gęstym sosem a mogą być także podgrzane i serwowane na ciepło. To nie koniec wariacji podania Urbanka: wmieszany do ryżu, posiekany z mięsem, wrzucony do nadzienia pierogów. Więcej opcji nie zauważyłam.

Dodatkiem na talerzu jest najczęściej ryż, ale była też kasza gryczana, są oczywiście długie domowe kluski. Przypominają włoskie wstążki i to dość szerokie i długie. Nie zapomnę widoku dwóch kucharek gospodyń, które poza pierogami, smażonymi w wielkiej misie nad ogniem, wałkowały kawałki ciasta i cięły je na długie nitki a obok stolnicy leżał sobie kot, który od czasu do czasu przechadzał się tak pomiędzy suszącymi się plackami na makaron.

Mięso to podstawa

Wegetarianom jest tu dość ciężko, choć jak się przekonaliśmy nie jest to staranie daremne. Nie zawsze respektowano prośby o dania wegetariańskie, ale w hotelach z jurt było to możliwe i wtedy nawet my mięsożercy zmienialiśmy na dzień lub dwa nasze upodobania kulinarne świadomie rezygnując z mięsa z nadzieją na coś lekkiego i warzywnego w zamian.

Na koniec wyprawy zrobiliśmy test na naszych mongolskich opiekunach racząc ich przygotowanymi naprędce pierogami z jagodami. Niestety „dżemu na ciepło”, jak nazwali nasze nadzienie w pierogach nie chcieli jeść. Za to pierogi z mięsem i to zamrożonym kozim smakowały im wybornie. Kabanosy były w łasce, orzechy, morele i śliwki suszone także, ale już suszone banany to zbytnia egzotyka i zupełnie nie ich smak.

Kokosowy raj

Opowiem Wam jeszcze jedną historię, kiedy nasz trzydziestoletni przewodnik zniknął na chwilę w dużym supermarkecie i kiedy wróciliśmy już do aut i ruszyliśmy w dalszą drogę rozchylił kieszeń i wyjął coś, co jadał jak zapowiedział, zawsze u swojej Babci na wakacjach. Smak dzieciństwa, beztroski i słońca. Ciekawe wpatrywałyśmy się w zamkniętą dłoń przewodnika i okazało się, że Babcia wybierała tylko najlepsze słodycze dla swojego wnuka. Na dłoni leżała paczuszka draży kokosowych z wizerunkiem pirata nazywanego przez dzieciaki Ali Baba. Skawa nasz rodzimy producent po dziś dzień sprzedaje swoje produkty w Mongolii. Zrobiło się nam błogo i słodko, istne kokosy w Mongolii na stepie.

Chcesz się przekonać na własnej skórze, z jakimi smakami mieliśmy do czynienia? Zapraszam! Mongolia 2018


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *