Węgrzy uwięźli w wyuczonej grzeczności

Zawsze na szybko najlepiej pisać podsumowanie bo wtedy pamięta się dużo szczegółów. Wczoraj wróciliśmy z Budapesztu po objechaniu prawie 1300 kilometrów najpierw wokół Balatonu, potem południe Villany następnie krótki postój w Budapeszcie i północ kraju z Mad, jaskiniami i Egerem by na koniec dotrzeć do Budapesztu.

Co mnie zaskoczyło? Ludzie. Spodziewałam się nacji podobnej do nas, równie postępowej, uśmiechniętej, przygotowanej na turystów.

A okazało się na miejscu, że Węgrzy znają zasady panujące w turystyce ale wcale nie mają ochoty by je zastosować w życiu codziennym.

Mimo tego, że poruszaliśmy się ścieżkami dla turystów to słabo językowo. Cóż węgierski ani do łatwych ani do popularnych nie należy, ale Węgrzy nie mieli nawet cienia ochoty by docenić trud włożony w zwykłe dziękuję czy dzień dobry po ichniemu. Fukali coś pod nosem. Angielski, czasem kilka słów, ale częściej, no, no, spuszczona głowa i tyle by było. Byli i tacy, szczególnie nad Balatonem którzy zaczynali w odpowiedzi na pytanie zadane po angielsku pytać po niemiecku, i kiedy chwytaliśmy wątek milkli, bo to tylko wybieg na zmyłkę przeciwnika.

Ale cóż pamiętamy te czasy, kiedy i u nas nie było łatwo się dogadać obcokrajowcom ot tak na ulicy. Ale przynajmniej byliśmy mili, pomocni, wrażliwi.

A tu na przykład w Sparze, markecie niczym Biedronka, pani stojąca za mną, przerzuciła swoje 3 lody na patyku, tak, że przeleciały po taśmie między moimi zakupami (miałam tylko ciasteczka i wodę) i przepchała się pomiędzy mną a barierką wgniatając mnie w koszyk i siedzącego na krzesełku wózkowym Olka i zapłaciła. Na moje polskie bo najbardziej naturalne komentarze wcale niezbyt mile wypowiedziane w ogóle nie zareagowała, ani pani sklepowa ani inni też…

Mamy jeszcze kierowców, ci to dopiero niespodzianka. Świetne drogi, bardzo dobre oznakowanie, wygodne zjazdy, dobre auta, wypożyczalni mnóstwo i co z tego, skoro nie ma się jak włączyć do ruchu, bo oni nikogo nie wpuszczają. Mieliśmy auto na słowackich tablicach, przez to Słowacy machali, pozdrawiali, nawet zagadywali ale Węgrzy ani ciut ciut. Parkowanie, wyjazdy i wjazdy, ustępowanie miejsca, nie ma mowy. Walka na drodze o byt, tylko po co skoro drogi puste, ruchu prawie wcale na autostradach i do tego wszyscy tu jeżdżą bardzo akuratnie przestrzegając wszystkich przepisów.

Mamy jeszcze 3 próby oszustwa, oczywiście przy wydawaniu reszty. I to w kościele, muzeum i sklepie. Miejsca jak każde inne, ale czasem po prostu nie wypada zapomnieć wydać reszty.

Mamy jeszcze restauracje i tu dopiero trzeba uważać, bo albo nie wolno siadać przy stolikach nie należących do danej restauracji. Byłam świadkiem, jakim tonem pani kucharka dosłownie przegoniła dwie turystki z Japonii, które być może nawet nie zorientowały się że przyniosły swoją gulaszową zupę do sąsiadów… Można też podpaść chcąc dwie szklanki do jednej butelki wody. Się nie należy i koniec, nie ma odstępstw od zasady. Jedna butelka i jedna szklanka, a że dzieci dwójka to problem po naszej stronie.

Pewnie, że powiecie drobiazgi i jako takowe je postrzegam. Ale skoro porównuje się nas do Węgrów i chcą być tacy hop do przodu, promować swoją stolicę, notabene jest co, zapraszać na wino (drogie) to niechże się chociaż trochę do tego przyłożą.

I co z tego, że odkryłam magiczne miejsca na noclegi, skoro kosztują dla całej rodziny więcej niż pokoje rodzinne w USA czy RPA… A gdy zajrzeć pod łóżko, lub przesunąć kosz na śmieci widać jak się tu nie sprząta. I szkoda, bo kiedy jestem już po wakacjach i zamiast rozmarzona wzdychać do piękna Dunaju czy przypominać sobie spacer po winnicy mam przed oczami przede wszystkim dość drogi, szorstki w nastawieniu do nas kraj. Podkreślam, że ich postawa nie dotyczy nas Polaków, ale nas turystów.

I chyba nigdzie dotąd nie było takiej opcji, żeby nie zadziałała metoda na dziecko. Wszędzie do tej pory, Basia i Olek rozmiękczali atmosferę i pozwalali załatwić wszystko po drodze. Tutaj niestety nie. Jakby nie zauważano, że podróżujemy z dziećmi.

Wyjątkiem od wszystkich opisanych przykładów był hotel nad Balatonem, gdzie powitano nas po królewsku, ugoszczono naprawdę wspaniale a dzieciaki miały tam siódme niebo.

Ten hotel był naszym pierwszym na trasie i narobił mi takiego apetytu pokazując jak wysokie mogą być standardy bytowe i serwis wyśmienity a kuchnia bardzo smaczna. Niestety im dalej w las… tym Węgier mniej miły.

Czy wrócę, na pewno tak. Czy prywatnie czy służbowe, Budapeszt jest zawsze po drodze.  Nauczona przykładem będę ubiegać Węgrów w ich nieuprzejmościach i zamienimy ten pobyt w całkiem przyjemną wizytę. Bo pogodę to mają do pozazdroszczenia.


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *