O wymuszanych napiwkach, listach miłosnych, eleganckich restauracjach i o tym czy warto ruszyć na Kubę

dnia

Nasz dziesięciodniowy pobyt na Kubie dobiega końca. To na pewno zbyt krótko by móc ocenić całą Kubę i nie porywam się by polecać czy odradzać. Jednak piszę o sobie i swoich spostrzeżeniach oraz odczuciach po kilkunastu dniach spędzonych na trasie Hawana – Trynidad – Santa Maria.

Z pewnością wrócę tu na pewno. Kuba mnie zauroczyła. Przede wszystkim odkryłam te miejsca, które zbudowały jej nastrój. Jestem przekonana, że warto przygotować się logistycznie przed przyjazdem na Kubę dokonując rezerwacji zarówno w dobrych hotelach jak i w wyjątkowych restauracjach. Hotel w sercu Starej Hawany to był istny luksus i nie o jego wnętrza chodzi ale o lokalizację. Widok z dachu na Kapitol i centrum Hawany ze starymi autami, autentycznym życiem starówki to była wartość sama w sobie. A jeśli dołożyć do tego pyszną kawę i smaczne śniadanie to niczego więcej nie trzeba na początek dobrego wakacyjnego dnia. Zwiedzanie Hawany też warto sobie zaplanować by nie błądzić i niepotrzebnie odbijać się od drzwi. Wśród wielu atrakcji są takie na które warto przygotować zapas czasu, sprawdzić wcześniej godziny otwarcia.

Występy muzyczne, wiem że każdy zna Tropikanę i wiem, że to słowo magnes. Ale uwierzcie mi, że czasem warto zboczyć z oczywistej drogi by trafić na występ młodej i nowoczesnej grupy utalentowanych tancerzy, których atutami poza młodością i pięknymi ciałami są ich profesjonalizm i niesamowite zaangażowanie. Czy naprawdę chcecie zobaczyć pióra i cekiny i dać się przekonać, że to nadal ta Tropikana, która niegdyś, czyli bagatela 50 lat temu była sceną dla światowej sławy jazzmanów? Po co marnować czas i pieniądze (bilety piekielnie drogie) kiedy nieopodal można zobaczyć show o wiele bardziej efektowne, wprawdzie bez cekinów i piór ale to nie o to chodzi w salsie czy kubańskiej rumbie. Podstarzałe tancerki nawet w piórach nie są w stanie ukryć zęba czasu. Postawcie na jakość a nie na blichtr.

Jedzenie: to największa niespodzianka. Nowy twór jakim są paladares czyli prywatne restauracje to zjawisko. Naprawdę. Tego się nie spodziewałam. Eleganckie wnętrza, restauracje przyjmujące tylko osoby z uprzednią rezerwacją, która naprawdę jest niezbędna. Piękne wnętrza, zaledwie kilka stolików. Niektóre z nich w spektakularnych miejscach z widokiem na Hawanę z tarasów na dachach, inne w prywatnych willach, gdzie aby wejść należy zadzwonić dzwonkiem do zamkniętych na cztery spusty drzwi. Tu nie ma przypadku, nikt nie trafi tu z ulicy. Elegancja, wyrafinowany smak, wspaniałe kompozycje dań na talerzach.

I choć to nie jest autentyczna Kuba bo nikt tu w domach nie jada na co dzień jagnięciny w sosie miętowym czy krewetek tygrysich karmelizowanych w sosie z migdałami to warto dać się ponieść fantazji i przygotować sobie wyjątkowy wieczór. Kieliszek dobrego białego lub czerwonego wina, a na zakończenie posiłku szklaneczka siedmioletniego rumu to gwarancja cudnego wieczoru w Hawanie.

Przewertowałam kilka przewodników, żaden z nich nie zdradza adresów tych miejsc. Trzeba wiedzieć.

Hawana tak zwiedzana i oglądana nie jest tania, a gdy dodać jeszcze przejażdżkę oldmobilem czy coco taxi, kwota nagle znacząco rośnie. Niestety potwierdza się tu zasada, że działać należy tylko osobiście bez żadnych nawet najbardziej życzliwych pośredników, przewodników i naganiaczy. Cena wtedy dramatycznie maleje a i kierowca jest bardziej zadowolony bo nie musi płacić haraczu, często większego aniżeli jego czysty zarobek.

I właśnie teraz będzie o ludziach, którzy są największym rozczarowaniem Kuby. Mogę bazować na spostrzeżeniach opartych na naszych opiekunie – przewodniku, który robił wszystko by się nie napracować ale miał tupet by przynajmniej raz na dwa dni przypomnieć o należącym się mu napiwku. Nie krył swego zainteresowania przysługującymi mu przy nas posiłkami, do których zabierał się zawsze jako pierwszy preferując bufet aniżeli eleganckie dania z karty, bo mógł do woli dokładać sobie jedzenia. Klient przestawał się liczyć za progiem restauracji, zawsze zanim zebrano nasze zamówienia, on już popijał pierwszą lemoniadę, a potem drugą i trzecią i dopiero wtedy zbierano nasze zamówienie. Przewodnik na Kubie to nadal osoba bardzo hołubiona i uprzywilejowana, nie mam nic przeciwko, ale przynajmniej trochę wyczucia pomogłoby mu zdobyć więcej naszej sympatii.

Poza tym 30 lat w zawodzie powinno przygotować go na pytania ogólne na Kubie, wypadł słabo. Pochód pierwszomajowy przerósł jego wiedzę i talent organizacyjny. Zachowawczość i brak elastyczności to kolejne cechy naszego kolegi. Ale upominanie się w imieniu kierowcy o dodatkowe pieniądze za wymyśloną przeze mnie plażę w Trynidadzie nie nastręczyło mu trudności.

Myślę, że nie trafiliśmy wyjątkowo pechowo, podglądałam pracę innych przewodników z grupami, które przewijały się na naszej trasie turystycznej, wszędzie scenariusz wyglądał bardzo podobnie. Fochy, niezadowolenie, kręcenie nosem to tutaj codzienność.

Postawa mi się należy jest aż nazbyt widoczna i niesmaczna.

Ludzie nauczyli się też bezpośredniości w kontaktach z turystami. W Trynidadzie nocowaliśmy w casas particulares, to pokoje dla gości przy domach zwykłych Kubańczyków. Skromne, ale czyste, z pysznym śniadaniem serwowanym na dachu domu. Córka właścicielki, zresztą bardzo zadbana i elegancko ubrana, odróżniająca się od swoich rówieśników dziewczyna potrafiła zagadnąć każdego z nas prosząc o prezenty i ubrania dla swojego młodszego siostrzeńca, który nie za długo miał mieć uroczystość chrztu świętego. Nie darowała nikomu, każdemu z nas opowiadała niestrudzenie tę samą historię by ugrać coś dla siebie i dla rodziny. Biorąc pod uwagę, że wynajmując pokoje i tak jest w grupie uprzywilejowanej, bo dostaje od rządu większe porcje żywnościowe, dodatkowy sprzęt elektroniczny, pralkę,   telewizor i lodówkę a z pewnością nocujący tu turyści z wdzięczności za bardzo dobre warunki płacą żądaną kwotę i zostawiają jeszcze drobne napiwki to delikatne wyłudzania kolejnych prezentów wydaje się mało stosowne.

Przegadaliśmy ten temat i nasze spostrzeżenia w grupie. Chciałam dowiedzieć się czy są to tylko moje odczucia, czy jednak podzielamy te wrażenia w grupie. Wiele osób miało podobne spostrzeżenia, zgodnie doszliśmy też do wniosku, że mieszkańcy tutaj nie mają nic do stracenia, a wszystko co uda się im ugrać zostaje w ich kieszeni.

Czy są przez to ambasadorami swego kraju? Wątpliwe, bo pewnie biadolenie i życie w przekonaniu, że Kuba jest najbiedniejszym miejscem na ziemi to bardzo ograniczony pogląd który nie zaprowadzi ich do nikąd.

Jednak by nie zakończyć tego podsumowania negatywnie, człowiek okazał się najsłabszym ogniwem całego obrazu Kuby. Gdyby nie ludzkie zachowanie, Kuba na pewno stworzyłaby obraz pozytywny i zachęcający do kolejnych odwiedzin. Systemu nie ma co rozpatrywać, socjalizm i głęboka wiara w wielkich bohaterów to ich prawo oraz przyzwyczajenia, nie nam to osądzać ani oceniać.

Kuba to bez dwóch zdań idealny pomysł na rajskie wakacje, ale pamiętajcie warto ograniczyć całkowitą spontaniczność. By móc dostrzec prawdziwe piękno Kuby warto przygotować choć ramowy plan i zamysł naszego pobytu tutaj.

Na sam koniec dodam, że Varadero to nie jedyne miejsce na Kubie, gdzie można znaleźć cudne plaże i biały piasek. Są jeszcze takie miejsca, które poza plażą i piaskiem oferują samotność, spokój, butikowe hotele, dbałość o Klienta i smaczne jedzenie. Szukajcie, warto!

P.S.

Poprawiam literówki w tekście by zaraz iść do recepcji, zdrapać kod dostępu do internetu i wrzucić go na stronę. To nasz ostatni wieczór w hotelu nad wodą, jutro bladym świtem zaczynamy odwrót i jedziemy na lotnisko. Co 5 minut ktoś puka do drzwi, nie są to bynajmniej moi Goście. Mam tu od wczoraj adoratora, młodego chłopaka imieniem Ernesto, który wieczorem obchodzi pokoje, zaciąga story, porządkuje ręczniki, posypuje łóżko kwiatkami. Wywnioskował, że mieszkam sama, zatem ręcznik ułożył w serduszko, wczoraj przyniósł mi piękną żywą czerwoną różę, a dzisiaj był by zapowiedzieć się, że przyjdzie przed moim wyjściem na kolację by pościelić mi łóżko… A nie mówiłam, że podmawiają się o napiwki? A dodam jeszcze, że wczoraj zostawił mi liścik, że szuka żony, która zabrałaby go z Kuby.

Ale co jeśli przykład idzie z góry, przed chwilą zapukał do drzwi także pan mayor domus, Ramon, bardziej Hindus aniżeli Kubańczyk, choć rzekomo pochodzi stąd od zawsze. Podał mi kartkę z nazwą restauracji (są dwie w hotelu i od trzech dni jadamy zawsze w tej samej i zawsze przy tym samym stoliku), potwierdził godzinę kolacji (którą ja zarezerwowałam już pierwszego dnia od zawsze jadamy o 20:30), podał swoje imię na kartce jako osoba która jest odpowiedzialna za rezerwację (????) i potwierdził zamówioną przeze mnie butelkę szampana (jesteśmy w hotelu all inclusive)… I co Wy na to?

Uwaga to nie koniec wizyt. Ernesto znowu. Tym razem mówi, że na zewnątrz jest dużo komarów. Ja mu na to, że dziękuję za troskę, ale mam preparat i nie potrzebuję pomocy, ale on na to, że nie o to mu chodziło, że on tu stoi pod moimi drzwiami i czeka a go komary gryzą… Poddaję, się, obiecałam mu napiwek, zostawię na stole, ma przyjść jak ja wyjdę na kolację… Uradowany odchodzi.

I love Kuba.


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *