Niedziela Palmowa w Portugalii – to warto przeżyć. Niespodzianki na każdym kroku.

Wstajemy tak jak zwykle, to nasz codzienny rytuał: śniadanie w koszyczku przyniesione do pokoju, potem kawka i o 9:30 ruszamy na zwiedzanie. Dzisiaj kolejny wyjazdowy dzień, tym razem w planach mieliśmy Obydos oraz Nazare jednak dodajemy na życzenie kilku uczestniczek także Fatimę.

Dobrze się składa, mamy niedzielę, do tego niezwykłą niedzielę, bo Palmową. Zatem przed Fatimą do której docieramy po niespełna godzinie drogi wielki ruch. Droga dojazdowa na parking cała zastawiona długim sznurem pojazdów, dodatkowo miejsce blokują także autokary, które dowożą tu dzisiaj pielgrzymów. Udaje się nam wcisnąć na małe miejsce parkingowe i ruszamy na główny plac. Właśnie zaczęła się główna msza, tłumy ludzi z palmami, nie takimi kolorowymi jak u nas w Polsce, tu najczęściej ludzie trzymają mniejsze lub większe wiązki gałązek oliwnych.

Niektórzy z nich wiedzą, że msza dzisiaj celebrowana na głównym placu przed kościołem w asyście wielu księży będzie trwała dłużej niż zwykle bo przynieśli ze sobą małe stołeczki, które teraz rozkładają i zasiadają na placu. My najpierw zatrzymujemy się pod pomnikiem Papieża Polaka, stąd dobrze widać cały plac. Poznajemy historię widzenia w Fatimie, za kilkanaście dni Portugalia gościć będzie Papieża Franciszka, który przyjeżdża tu z pielgrzymką z okazji 100 rocznicy widzeń fatimskich.

Mamy chwilę wolnego bo są listy zamówieniami, pamiątki, woda źródlana święcona, czas na zakupy. Okazuje się, że podczas mszy dystrybucja wody jest ograniczona, ale nasze dziewczyny lubią wyzwanie i szybko odnajdują dojście do pana, który napełnia butelki.

W sklepach z pamiątkami znajdujemy resztę rzeczy i jedziemy dalej. Kolejny punkt programu to Batalha. Wielki klasztor i mnóstwo ludzi, okazuje się, że tutaj także niedziela została wykorzystana na obchody Dnia Kombatanta. Dzięki temu mamy orkiestrę w krużgankach, co tylko wzmaga ich piękno, bo akustyka fenomenalna, a odegrany hymn Portugalii tworzy bardzo podniosłą atmosferę.

Jesteśmy głodne, dlatego szybko ruszamy dalej by nie załapać się na sjestę, która uniemożliwi nam jakikolwiek lepszy posiłek na wybrzeżu. Nazare to mała miejscowość nadmorska, która oczywiście wiąże się bezpośrednio z figurką Madonny z Nazaretu.

Najpierw jednak zaczynamy od posiłku w restauracji z widokiem na plażę. Na naszym stole mniej eksperymentów, dzisiaj goszczą tutaj ryby i owoce morza.

Wino zielone zamieniamy na białe, też smaczne. Odpoczywamy, jednak czas nas goni dlatego postanawiamy zajrzeć na plażę. W miejscu gdzie umówiłyśmy się na spotkanie z naszym kolegą starsze panie grają sobie w piłkę. Zgodnie z tutejszą tradycją jako żony rybaków mają kilka warstw spódnic, które teraz powiewają na wietrze a panie w ustalonych sobie regułach starają się grać, rzucają, łapią ochoczo piłkę, pokrzykują.

Wyjeżdżamy na punkt widokowy.

Piękna panorama na całą okolicę, w kościele na wzgórzu akurat msza, ale poznajemy legendę z jeleniem, mała przerwa na coś słodkiego i ostatni punkt programu czyli Obydos.

Śliczne miasto perełka okolone murami z wielkim zamkiem, i tu także niespodzianka. Jednak Niedziela Palmowa to niezwykle trudny dzień na zwiedzanie. Cała droga wiodąca przez miasto kompletnie zablokowana ponieważ odbywa się tutaj inscenizacja Drogi Krzyżowej. Postaci ubrane w charakterystyczne stroje, wspaniała muzyka grana na żywo, poszczególne stacje i modły tłumu.

Kilkukrotnie musimy poczekać by móc przejść dalej, udaje się nam dotrzeć na same mury, tu widać pięknie kwitnące drzewa, wiosna na całego.

W drodze na parking udaje się nam skusić na naparstek czekoladowy z wiśnióweczką, a potem także na kawę. Nawet w galerii z porcelaną kupujemy drobiazgi jako upominki dla najbliższych.

Wracamy do Lizbony po 20:00. Jest już ciemno, nie zdążymy dotrzeć do hotelu przed kolacją. Dzisiaj jemy w Włocha, maleńka knajpka, wciśnięta w zupełnie ciemny zaułek.

Tylko kilka dań w karcie, za to pyszne. Nie obywa się bez niespodzianek, bo warzywna lasagna wygląda bardziej jak prażony makaron z warzywami.

Jednak kalmary najlepsze jak dotąd, makaron buraczany przepyszny, wino bardzo dobre.

Jest jeszcze jedna niespodzianka. Kasia ma za trzy dni urodziny, wykorzystuję ten fakt by rozpocząć świętowanie już dzisiaj. Jest gromkie sto lat, tort, z którym było sporo zamieszania, bo restauracja mogła nam tylko zaproponować tort czekoladowy, który akurat Kasia nie bardzo lubi, musieliśmy ściągnąć tartę z marakui z miasta, ale mając Marcina nic nie jest niemożliwe.

Oczywiście prosecco by wznieść niejeden toast za Kasię.

Przemiła atmosfera na koniec wycieczki. Wcale nie chce się nam wychodzić, choć nogi nam tańczą. Dlatego zaciekawione muzyką zatrzymujemy się na placu pod parlamentem. Okazuje się, że tutejsza szkoła tańca specjalizująca się w rytmach brazylijskich urządza raz w tygodniu po lekcji tańce w plenerze. I akurat dzisiaj przypada ten dzień. Z zazdrością patrzymy z jednej strony na umiejętności tancerzy, dziewczyny, które płyną nad ziemią, mimo płaskich butów unoszą się bardzo delikatnie nad podłożem i bardzo umięśnionych i eleganckich tancerzy, którzy zdecydowanie prowadzą swoje partnerki przez kolejne takty trochę dziwnej muzyki. Ni to samba, ni salsa, takie trochę obce rytmy. Jest też druga strona czyli nadzieja w nas, że zostaniemy poproszone na parkiet przez panów. I rzeczywiście nie trzeba długo czekać, Marlena, potem Kasia, Beata, Renata, Maciejka, Maria uczą się kroków bo trafiają na ambitnego partnera, który oprócz tego że chce prowadzić to jeszcze zamierza nauczyć nas kroków.

Obsiadamy schody, popijamy kolejne egzotyczne mieszanki i tak czas nam mija do północy. Potem towarzystwo się rozchodzi a z nim także my. Co za dzień.


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *