Lizbona welcome to!

W Polsce jest już 01:25 w piątek, u nas 00:25 też w piątek i dopiero teraz kończymy nasz pierwszy dzień w Lizbonie. Plan szalony, ale przyjęty od samego początku z wielkim entuzjazmem. Jest nas 8 wspaniałych Dziewczyn i zamierzamy razem spędzić najbliższe 5 dni.

Docieramy do Modlina z różnych zakątków Polski. Jesteśmy na czas mimo pogody prognozowanej przez znane porzekadło: kwiecień plecień poprzeplata trochę zimy, trochę lata. Po drodze było raz słońce, raz deszcz, a nawet grad. Jednak punktualnie stawiamy się do odprawy, ta przeprowadzona bardzo dociekliwie zostaje przez nas odbyta dość sprawnie i wreszcie maszerujemy do samolotu. Są wśród nas weteranki latania, takie, które latają od czasu do czasu bo lubią, są i takie dla których latanie to koszmar. Zapewniam Was, że teraz kiedy kroczymy po płycie lotniska dzielnie, prężnie i radośnie każda z nas chce lecieć, pożegnać się z deszczem na te kilka dni, tym bardziej, że potwierdzone prognozy pogody zapewniają nas o 25 stopniach w Lizbonie.

W samolocie od samego początku wprowadzamy małe zamieszanie, Ewa z rozdania systemu ma miejsce w ogonie a my w rzędach na początku. Chcemy i wolimy siedzieć razem, na szczęście obok mnie mam samotnego pana z Turcji, który przystaje na propozycję zamiany miejsc.

Wszystkie razem – cała naprzód.

Po 4 godzinach lotu, pięknymi widokami nad Lizboną lądujemy w Portugalii. Zapowiadane słońce jest, pogoda jak marzenie. Na lotnisku elegancki pan kierowca, co zauważamy wszystkie i przemiły przewodnik. W poszerzonym składzie jedziemy do hotelu. Ten  leży w centrum miasta, stąd wszędzie blisko pieszo.

Po miłym powitaniu zajmujemy nasze pokoje i apartament i rozpoczynamy zwiedzania lampką portugalskiego „szampana”. Do tego czekolada i truskawki – od razu zaczyna się wybornie.

Planujemy spacer po okolicy by zapoznać się z miastem. Czwartkowe popołudnie, spory ruch na ulicach. Słońce oświetla pięknie położone na wzgórzach budynki Lizbony. Kluczymy pomiędzy zabytkowymi budynkami, oglądamy Kościół Rocha, zaglądamy na punkty widokowe. Docieramy nawet do zabytkowej windy łączącej miasto górne z dolnym.

Przechodząc obok knajpek jedzenie kusi i pachnie, nęci i przypomina o głodzie. Wreszcie Marcin wprowadza nas do restauracji, gdzie mamy rezerwację. Jedzenie jest bardzo typowe dla Portugalii, smaczne. Tak naprawdę już po bułeczkach i przekąskach jesteśmy najedzone, ale żal nie jeść dalej. Tym bardziej, że na stole coraz smaczniejsze dania mamy ośmiornicę w wersji z kolendrą i wielkie macki grillowane, jest okoń morski, pyszne steki z tuńczyka, mamy także fileciki z morszczuka.  Jest nawet zupa rybna, choć Kasia zamawiała ryż krewetkami i rybami to teraz mam przed sobą garnek z zupą, ja bym ją nawet nazwała klajdrą, ale smakuje wybornie, jeszcze przekąski i tu muszę wymienić kolejno zestaw bo smaki mieszamy dzisiaj tak samo jak wina. Najpierw o przekąskach: bułeczki pszenne, oliwa, ser maleńki, intensywnie pachnący, podawany na ciepło do „ciumkania” pieczywa w gęstej serowej masie, sałatka z wspomnianej już ośmiornicy z kolendrą, kiełbaska z grilla i talerz parujących muszli z kolendrą na ciepło. A skoro wymieniłam i wspomniałam wina, to była już słodka naleweczka do degustacji w hotelu, potem musujące winko a teraz oczywiście wino zielone.

Jest nam syto i coraz ciepłej, mamy już nawet wypieki na polikach. To nie nadmiar alkoholu zaiste, tylko atmosfera w restauracji, jest 22:00 i kolejka przy kasie w oczekiwaniu na wolne miejsca, a jest tak gwarno jak w ulu. Najedzone wychodzimy wreszcie na ulicę, jest chłodniej niż w ciągu dnia, pewnie około 18 stopni, jednym słowem piękna ciepła wiosenna noc. Po drodze wstępujemy jeszcze na bika czyli małe espresso, to już nie wszystkie z nas, ale tak typowo w stylu południowców tylko na jednej nodze przy barze, za to tutejsze Pastel de Belem to istna poezja, jeszcze ciepłe, kruche, maślane, wspaniałe. Nie napiszę która z nas tylko próbowała a która zjadła aż dwa całe (pewnie się domyślacie… uwielbiam słodycze).

Wracając do hotelu zaglądamy na nasz punkt widokowy, który okazuje się równie atrakcyjny także nocą. Oświetlone wzgórza Lizbony wyglądają imponująco.

W barze u Meksykanina próbujemy jak smakuje najlepszy shot w mieście. Marcin najpierw wybiera coś od siebie, czego nazwy nie pomnę, choć skłaniam się ku kałasznikow,  ale na tablicy z listą specjałów był na pewno orgazm, kamikadze, krew Chrystusa, itp… Kamikadze za to to druga kolejka. Pierwszy z Bayleysem drugi z sokiem z cytryną, oba pyszne.

I pewnie byśmy jeszcze wyludniały kolejne małe bary i knajpki (bo w barze u Meksykanina wtargnąwszy do środka i rozsiadłszy się na hokerach) wyprosiłyśmy zupełnie niezamierzenie sporą grupkę Panów, którzy teraz niby na papierosa ale stanęli na dobre przed barem.

Kolejny przystanek to już jednak hotel. Zrobiło się późno, jeszcze gramolimy się po schodach i to wąskich na górę do suitów Ewy i Kasi, a potem nawet na II piętro do Marii i Renaty. Wreszcie zapadamy się w poduchach i śpimy. Jutro późne śniadanie i całodzienne zwiedzanie Lizbony!


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *