Fado nas urzeka i wciąga we łzy i melancholię!

Na dzisiaj zaplanowaliśmy zwiedzanie Lizbony przez cały dzień. Ten zaczyna się bardzo przyjemnie, bo o 8:00 przed drzwiami naszych pokoi stoją koszyki ze śniadaniem. Zatem jeszcze w piżamach zasiadamy do wspólnego stołu i pijemy pierwszą kawę oraz herbatę.

Powoli szykujemy się do wyjścia. Pogoda wcale nie zapowiada upału, który nas dzisiaj czeka. Jest dość rześko, zatem cofamy się po kurtki lub narzutki i jesteśmy gotowe do drogi.

Po wczorajszym krótkim spacerze już wiemy i to zdecydowanie, że wygodne i sprawdzone buty podczas zwiedzania są najważniejsze. Niestety są już pierwsze otarcia i bąble. Zatem szukamy kolejnej porcji plastrów i ruszamy.

Niebo idealnie błękitne, ani jednej chmurki. Coraz cieplej, piątkowy ranek a ruch już spory na ulicach. Gdzie nie spojrzeć to ludzie przy śniadaniu: porannej kawie i ciasteczku.

My pierwszy postój robimy przy tramwaju – windzie, mała sesja zdjęciowa i schodzimy po bardzo stromej górce w stronę rzeki. Tu spacer przez targ, najpierw część jadalniana, gdzie póki co trwają przygotowania do lunchu a potem hala targowa, gdzie poza warzywami i owocami można nabyć także mięso i ryby.

Stąd promenadą spacerujemy w stronę głównego placu w mieście. Piękna bryza znad zatoki, błękitna woda, leżaki i ławeczki, ludzie wypoczywający w wiosennym słońcu. Słynne dwa słupy tu obowiązkowe zdjęcia. Wielki plac i Łuk Tryumfalny to kolejny przystanek. Jest przestronnie, można oddychać światem. Szeroko, z rozmachem i polotem.

Spacer po deptaku doprowadzi nas do sklepu z kotlecikami z dorsza z nadzieniem serowym, do tego kieliszek porto lub wina rose. Podane na palecie na wynos prezentują się bardzo efektownie.

Żadna z nas nie marnuje czasu. Niektóre dokupują nowe plasterki na otarcia, inne buszują w sklepie z butami  i nawet jedna parę zakupują.

Kościół, stylowy dom z pięknym patio, i wspinaczka na przeciwległe wzgórze Lizbony. Bardzo wąskie przejścia, strome podejścia, schodki i schody. Wyjątkowe widoki okraszone o tej porze roku kwitnącymi drzewami krytymi całunem kwiecia. Alfama najstarsza dzielnica Lizbony prezentuje się niesamowicie. Piękne budynki, choć czasem zdarzają się także całkiem porzucone kamienice, niektóre z nich mają nawet zamurowane okna i drzwi.

Taras widokowy z pięknym oknem na cała Lizbonę aż po wodę. Dominujące nad całością wieże kościołów, Panteon wspaniałe dachy i bielone ściany zewnętrzne.

Przystanek trochę wymuszony ale nogi bolą, jeść się chce zatem robimy mini stop na kawę, wino i piwo. Łapiemy oddech, Kasia ma krokomierz i okazuje się, że już dawno minął zapowiadany limit spacerowy na dzisiaj. Mamy 9,7 km w nogach a końca nie widać.

Teraz tylko lunch nam w głowie, musimy jednak najpierw pokonać przewyższenia i dojść do rzeki, gdzie w dokach Malkovica zamierzamy zjeść coś dobrego. Znajdujemy miejsca w restauracji słynącej z dużego wyboru hamburgerów, ale jak się okazuje podawane są tu także sałatki, curry, dania wegetariańskie zatem mamy paletę malarza na stole. Zielone młode wino komponuje się wyśmienicie z widokiem na całą zatokę oraz przeciwległy brzeg. Niektóre z nas mają nawet miejsce na deser, który także jest bardzo smaczny.

Niespodzianka po lunchu podjeżdżają dwa tuk tuki w wersji ekologicznej. Uff co za ulga. Spacer do kolejnych atrakcji okazałby się pewnie bardzo męczącym wyzwaniem, a tak pędzimy nad zatoką, wiatr rozwiewa nam włosy, podróż mija bardzo szybko i jest szalenie przyjemnie. Wieża Belem, Klasztor Hieronimitów i Pomnik Odkrywców to trzy żelazne punkty w Lizbonie, których nie mogło zabraknąć na naszej liście zwiedzanych obiektów.

A skoro Belem to także ciastko Pastel  de Belem i kawka. Sjesta, udaje się nam wygospodarować chwileczkę na powrót do hotelu i krótki odpoczynek. Na szczęście tuk tuki, choć kazały na siebie długo czekać i tak są wybawieniem.

O 20:00 po raz kolejny ruszamy do miasta. Tym razem najpierw przystań i port, potem prom i płyniemy na fado. Portugalia fado stoi, te smutne pełne melancholii pieśni są wpisane w naturę Portugalii. Zatem ciekawe zasiadamy w lokalnej małej restauracyjne dekorowanej bardzo suto ozdobami i strojami, zdjęciami fadistów. Najpierw kolacja, kucharzowi zdarzyło się sypnąć dużo soli, zatem porosimy o zredukowanie zapędów, te zostają ograniczone tak bardzo, że Maciejka swojego łososia dla odmiany musi dosalać.

Królują już drugi wieczór z rzędu ryby i owoce morza. Są pyszne.

Wreszcie pojawiają się piewcy fado, najpierw on, potem ona. Pan wygląda na lat około 40, dowiadujemy się w kuluarach, że na co dzień jest policjantem a fado to jego pasja. Pani dla odmiany jest trochę starsza, ma wyraźnie ochrypły i mocny głos a wygląda jak lolitka, falbaneczki, tiule, kozaczki z futerkiem, kwiaty we włosach i czerwono-czarny strój. Z jeszcze większą ciekawością wyczekujemy na pierwsze tony.

Wreszcie pani rozpoczyna wieczór wprowadza nas w klimat fado, wita serdecznie a pan jako pierwszy zaczyna śpiewać. Stoi tuż przy nas i to jest bezcenne, ten bezpośredni kontakt. Pieśń jest smutna, ale wyrazista, Marcin próbuje nam tłumaczyć główne wersy tekstu by zrozumieć jego zamysł, zasadniczo każda taka pieśń traktuje o miłości, kochaniu, tęsknocie i bólu.

Nasz pan Nunu śpiewa przymykając oczy, interpretuje tekst całym sobą, na jego twarzy widać naprężone mięśnie i wysiłek jaki wkłada w oddanie tekstu mimiką i gestami.

Ciekawe tego co zaprezentuje pani mamy okazję się przekonać właśnie teraz. Pani najpierw śpiewa delikatnie, cicho, tajemniczo by za chwilę wystąpić na środku małej kameralnej przyciemnionej sali, przy blasku świec jej występ nabiera mocy i specjalnej aury. Na co dzień agentka nieruchomości teraz ukradkiem ociera łzy tak bardzo tekst fado wdziera się w jej emocje.

U nas na stoliku też rośnie stosik chusteczek przed Marleną. My wsłuchane żałujemy, że nie rozumiemy słów, które na pewno są bardzo wyraziste.

I nagle kiedy wydaje się nam, że wieczór spokojnie będzie zmierzał ku końcowi Renata przejmuje wątek zakończonej właśnie pieśni przez Elenę i śpiewa pięknie, mocno, wyraźnie, melancholijnie balladę po polsku. Patrzymy na Nią jak zaczarowane, urzeczone odwagą, głosem i całą Nią.

Chcemy więcej, a Ona śpiewa.

Śpiewamy i my o tęsknocie za Ukrainą, czyli „Sokoły” wpisują się w ton fado. Lokalesi są zachwyceni i pewnie zaskoczeni, wtórują nam bijąc brawo. Panowie gitarzyści starają się nawet złapać nutę i kiedy my kończymy oni intonują „Kalinkę”.

Co za wieczór.

Wracamy do Lizbony ostatnim promem, potem już tylko taksówka pod drzwi naszego hotelu. Jest 2:00 i po bardzo długim dniu zapadamy w sen śniąc w rytmie fado.


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *