Dzień 7: na trasie kazb, w wiosce i w wąwozie. Bez serca dla zwierzaków!

dnia

Spało się nam dobrze, choć niektórzy z nas nie mogli zasnąć i dlatego teraz kiedy jest jeszcze ciemno i trochę zimno wcale nie chce się nam wstawać i opuszczać swoich namiotów. Jednak umówiliśmy się by ruszyć z karawaną o 6:00 i złapać wschód słońca już na grzbietach wielbłądów. Póki co ciemno i naprawdę dość chłodno, uff nie na darmo prosiłam i pisałam by zapakować ciepłe rzeczy, teraz naprawdę mogą być potrzebne. Jesteśmy nader sprawni i bardzo zdyscyplinowani. Szybko wstajemy, myjemy zęby i ruszamy na polankę pustynną, gdzie wielbłądy gotowe są już do drogi. Nasi poganiacze już przed godziną najpierw zwierzaki nakarmili i napoili, potem osiodłali i teraz czekają na nas. Zosia strzeże swego ulubieńca, pięknego wielbłąda, którego od pozostałych odróżnia kolor, miast szarego jest beżowy poza tym wygląda na bardzo sympatycznego i co ważne prowadzi całą karawanę. Potem to już pan wybiera sobie nas dopasowując do zwierzaków. Marudzimy trochę bo pozamieniał nas dokonując chyba kilka pomyłek i nie spasował nas idealnie. Ale może się jakoś ułożymy w siodle.

Jest coraz jaśniej, ale na szybki wschód to się nie zanosi. Musimy poczekać, ale nie w miejscu, ruszamy. Asia podobnie jak wczoraj idzie pieszo od samego początku, ma kondycję, dołącza do Niej Krysia i mamy już dwie Dziewczyny.

Małgosia pojękuje i postękuje przy każdym schodzeniu, i każdej górce aż wreszcie już po wschodzie słońca podejmuje decyzję, że woli jednak za lub przed wielbłądem iść niż na nim jechać. Spełniamy marzenie Małgosi, Sławek także schodzi z grzbietu zwierzaka.

To nie koniec naszych przygód z wielbłądami. Nasza Karwana, która prowadziła cały orszak wysunęła się na przód a teraz stoi i czeka, bo brakuje nam ogona. I nie ma ich i nie ma, wreszcie wyłaniają się zza wydmy. Ale na wielbłądach już tylko Ola i Asia. Reszta idzie pieszo obok. Okazało się, że Basia potrzebowała pomocy i Agata, Krysia pomogły Jej a  teraz kiedy już jest wszystko w porządku Dziewczyny idą razem po pustyni.

Jakkolwiek, pieszo, na wielbłądzie docieramy przed nasz hotel. Żegnamy się z poganiaczami i zwierzakami i przed nami śniadanie oraz prysznic.

I choć zdania co do jazdy na wielbłądach są podzielone, to nie słyszałam by ktoś żałował noclegu w obozowisku na pustyni. Było naprawdę przepięknie, nie daliśmy się burzy, niepowodzeniom na wielbłądach, w komplecie jesteśmy z powrotem.

Ruszamy dalej.

Kilka postojów po drodze, pogoda nas dzisiaj kołysze do snu, a może to zaległości z krótkiej nocy na pustyni.

Kiedy robimy postój na kawę wszyscy na chwile ożywiają się, potem już miasteczko i pora na lunch. Zgłodnieliśmy.

Niestety po raz pierwszy dzisiaj jemy w niesmacznym miejscu. Zamówienie składamy bardzo sprawnie. Wszystkie dania z menu są na miejscu. Jednak potem zaczyna się prawdziwe show. Chłopak na posyłki ma ręce pełne roboty, widzimy go jak biegnie po pomarańcze na stragan z naprzeciwka bo zamówiliśmy sok pomarańczowy, dla trójki z nas coca colę przynosi z kramiku za rogiem, za chwilę pędem leci do magazynu na zapleczu i powtarza to dwa razy by wrócić ze szklaneczką oliwy. To nie koniec, bo równie szybko wracał ze straganu z główką sałaty w ręce, donosił także pomidory. Pomiędzy bieganiem, z grilla ściągał kurczaka. A i tak wszystko podawane było chaotycznie, jedni już zjedli przystawki i II danie, my nie dostaliśmy jeszcze nic.

Smak dań pozostawał sporo do życzenia. Tego miejsca nikomu nie polecamy, może i tanio, tego dowiadujemy się od trójki Hiszpanów, którzy wrócili tu po kilku dniach na pustyni, bo było najtaniej, ale teraz mają zagwostkę bo odradzamy im posiłek w tym miejscu. Kiedy tak stoją i myślą dojadają po nas frytki kiwając z uznaniem głową nad ich smakiem, a dla nas były niejadalne dlatego zostały. Cóż…

Zapijamy coca colą nasze obiady ale to już w drodze bo na dodatek musimy znaleźć porządną toaletę, ta miejscowa nie nadawała się zbytnio.

Jedziemy do Wąwozu Tudra, spacer w wąwozie, a potem równie ciekawy spacer w wiosce. Właściwie po poletkach pomiędzy palmami daktylowymi i kwitnącymi drzewkami owocowymi. Nie to jednak najbardziej nas porusza a sytuacja  z psem. Od samego początku spaceru przyplątało się do nas kilkoro dzieci, tylko chłopcy w wieku 8-13 lat dobrze ubrani. Jeden z nich miał na sznurku psa, młodego, który za nim biegł. Już raz zwróciłam mu dosadnie uwagę, by przestał go ciągnąc i szarpać, nawet delikatnie szarpnęłam młodzieńca za manatki, nie pomogło. Niestety byliśmy wszyscy świadkami jak dzieciaki biły, kopały i rzucały nawet kamieniami w tego pieska. Wydawało nam się, że im bardziej się temu przyglądamy reagując krzykiem by go zostawiły, przestały się nad nim znęcać miały tym większą frajdę w czynieniu mu krzywdy. Straszne to było.

Pocieszeniem jest piękne zdjęcie zachodu słońca z palmami i starym ksarem w tle. A na wieczór po mini zakupach najpotrzebniejszych rzeczy jedziemy na nocleg do kazby. Ładne miejsce, muzeum i hotel w jednym. A jedzenie jakie smaczne. Chyba musi tak być, raz smacznie, raz mniej smacznie. Teraz delektujemy się pysznym tajin po raz siódmy z rzędu, jest jagnięcina z owocami suszonymi i migdałami i ta zostaje okrzyknięta dzisiaj królową stołu. A na deser ciasteczka z daktylami. Mi smakują, inni nie mają już miejsca.

 

 


  • udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *